Monday, 31 May 2010

Kilka snów - komiks

Kilka snów - komiks

Odkopywanie staroci trwa:) Komiks ten narysowałem w 2001 albo 2002 mieszkając na farmie pod Madrytem. Przy braku talentu plastycznego było to dla mnie przedsięwzięcie tytaniczne, ale po dwóch tygodniach pracy udało mi się skończyć. Był to ostatni komiks w życiu jaki zrobiłem (przynajmniej jako rysownik).

Trzon snu opiera się na pięknym śnie, jaki przeżyłem w pierwszych latach brahmacarii. Odwiedzili mnie w nim trzej Visnuduci. Żadnych dodatkowych rąk i innych bajerów - milczący, poważni mężczyźni o uśmiechniętych oczach. Przyszli zabrać mnie na drugą stronę.

Ilustracje otwierają się w pełnym rozmiarze po kliknięciu na poszczególne obrazki (później można powiększyć jeszcze bardziej). Może się przydać, jeśli ktoś chce czytać dymki.
























Sorry, że nie pisałem



Listy do Pavitrama - 10

Kilka lat po pierwszej serii listów do Pavitrama, cztery lata temu, odezwałem się do starego druha ponownie. Myślałem, że korespondencja rozkwitnie, ale skończyło się na tym jednym liście.

02.09.2006

Drogi Pavitramie

Kopę lat. Cztery? Pięć? Pomyślałem, że skrobnę do Ciebie. Po takiej przerwie dobrze byłoby znów dowiedzieć się o naszych życiach. Zacznę pierwszy i mam nadzieję, że zainspiruję i Ciebie. Tym bardziej, że nikt do mnie nie pisze i powoli zaczynam się zastanawiać, czy włócząc się po świecie znalazłem jakichś przyjaciół?

Nie mogłem znaleźć przyjaciół wśród bhaktów, więc rzuciłem to wszystko w diabły i spróbowałem zanurzyć się w ludzki tłum, mając nadzieję, że rozbudzę w sobie wizję, o której tyle się mówi w świątyniach – że wszyscy są duszami. Chyba trochę się udało. Poznałem wiele dobrych dusz. Poetów, cyrkowców, włóczęgów, pielgrzymów i zwykłe osoby, nie wychylające się z tłumu. Fajnie było. Nauczyłem się nowych rzeczy, poznałem bardziej siebie, świat.

Z drugiej strony trochę się rozczarowałem – przyznaję się szczerze. Nie znalazłem tego, czego szukałem (sam nie wiem czego, ale na pewno mi się nie udało). Dlatego znów próbuję szukać Kryszny, Pavitramji. Chyba z tego powodu postanowiłem napisać do Ciebie. Mam nadzieję, że przyjmiesz ten list, choć to ja zawaliłem. Wiem, że nie odpowiadałem na Twoje listy, nie mówiłem nic o moim losie, a oprócz tego (o czym wiesz), kiedy odwiedzałeś Kraków, to byłem tylko kilka ulic dalej, grając muzykę na Floriańskiej, popijając piwko i paląc Gitanesa. Wiedziałem, że wróciłeś z Indii i pytałeś o mnie. Moja wina, ale wtedy nie mogłem z Tobą rozmawiać. Miałem coś do przeżycia i nie było w tym miejsca dla Ciebie. A później, kiedy zajarzyłem, znowu Cię nie było – Indie musiały wołać Cię głośno.



Przeżyłem wtedy sporo przygód, podsyłam Ci linka, zerknij kiedyś, jak będziesz miał czas, choć ostrzegam – Kryszny tam tyle, co na lekarstwo. Po co więc to opisałem? A bo ja wiem? Chyba to, co zawsze. Żeby nie być sam. Niech ktoś zajrzy, przeczyta i poczuje choć trochę tego, co ja. Mam nadzieję, że też zajrzysz. Nie pisałem wtedy o Tobie, ale czułem, że jesteś blisko. Jakaś część mnie odcięła się, ale przecież nie da się tak kompletnie kogoś odciąć. A na pewno nie Kryszny.

Jest wieczór, sobota. Jestem w Polsce, w małej wiosce, w Pomorskim, razem z Tulasi (co u nas? Super. Kryszna wiedział, czego potrzebuję, żeby jakoś się trzymać). Słucham jakiegoś rocka, Tulasi czyta stare komiksy. Próbuję się odnaleźć, porozmyślać, ale nie pozwala mi na to wielka, zielona mucha, która upatrzyła sobie mój kąt. Brzęczy, obija się o ścianę, lampkę, o mnie… No ale przecież jej nie zabiję...

Trochę pracuję w warsztacie, uczę się stolarki, ale to chyba nie dla mnie. Wiesz, jak cenię wolność, a ciężko być wolnym przy rodzinie, a na dodatek w rodzinnym biznesie. Niewiele się zmieniłem pod tym względem. A pod innym? Sam nie wiem. Na pewno przybyło mi siwych włosów i chyba nie pcham paluchów do ognia tak szybko, jak dawniej. Ale ogólnie rzecz biorąc to ciągle ja.

Znów próbuję odnowić życie duchowe. Wiesz, jak to ze mną jest: próbuję, później próbuję jeszcze bardziej, później osiągam szczyt próbowania i na jakiś czas kończę próbowanie, nabierając sił do następnej próby. Jak tym razem? Chyba podobnie, choć czuję, czy raczej mam nadzieję, że z każdym podejściem jest trochę lepiej.

Poznałem fajną osobę. „Poznałem” to trochę duże słowo, jak na kontak emailowy. Znasz Leśnego Swamiego? Zaczęło się od tego, że natknąłem się kiedyś na kilka jego wykładów na CD. Trochę posłuchałem, a później CD leżały w szufladzie chyba z dwa lata, czekając aż znów je wykopię. No i wykopałem. Trochę z ciekawości, a trochę z nadzieją, że znajdę coś, co zbliży mnie choć trochę do Kryszny… Eee tam, ściemniam. Nie chodziło mi o Krysznę (przynajmniej nie bezpośrednio). Potrzebowałem spokoju, ulgi, wolności.

Zacząłem słuchać jego wykładów na spacerach nad rzeką, albo rowerowych wycieczkach po górskich szosach. Powiem ci, że mądrze gościu gada:). Wie wszystko o Krysznie, świecie duchowym, odpowie na każde pytanie, a poza tym ma coś w sobie, coś co wzbudza zaufanie. Nie do końca wiem, co, ale próbuję to odkryć. Leśny Swami. Myślę, że tego brakuje mi najbardziej, Pavitramji – towarzystwa Vaisnavy.

Spytasz pewnie, co z naszym Guru Maharajem. Nie będę Cię oszukiwał – nasze drogi rozeszły się na dobre. Myślę, że było w tym sporo mojej winy – Guru jak Kryszna: odwzajemnia się na tyle, na ile mu się oddajesz, a ja nie mogłem. Za bardzo się różniliśmy. Oczekiwałem od niego rzeczy, których nie mógł mi dać. Wiesz, co jest najważniejsze dla niego. Ten ruch. Nie potrafiłem patrzeć jego oczami. Dla mnie najważniejszy pozostał indywidualny rozwój. I jeszcze, żeby widzieć Mistrza, jako najlepszego przyjaciela, a nie generała. Nie, tak jak kiedyś, kiedy biegaliśmy za nim i wołali „guruji! guruji!", ha, ha, pamiętasz?

Chciałbym czuć głęboko w sercu braterstwo i pełne współporozumienie, dzielić wizję… i wiesz jeszcze co? Żeby tej osobie zależało na mnie, żeby moje życie duchowe było dla niej najważniejsze, nie instytucja, misja… Myślisz, że mam za duże oczekiwania? Całkiem możliwe, ale coś Ci powiem – nie interesuje mnie nic mniejszego. Bycie częścią „Kościoła”? To już przerabiałem. Z Kryszną też się teraz nie zaprzyjaźnię. Na tym etapie jestem bez szans, mrzonka. Uważam, że jedyną szansą na postęp dla mnie jest zaprzyjaźnienie się z Vaisnavą. Mówię o przyjaźni przez duże „P”. Niech Cię nie boli, Pavitramji. Jasne, że jesteśmy przyjaciółmi (mam taką nadzieję), ale piszę tutaj o czymś innym. Myślę, że rozumiesz. Kto jak kto, ale Ty zawsze byłeś mądrzejszy ode mnie. I mam nadzieję, że ciągle jesteś i wybaczysz mi wszystko.

No więc duże „P”. Czy myślę, że to Leśny Swami? Nie mam pojęcia. Zobaczę. Co mam do stracenia? Czekam więc na spotkanie. Zżera mnie niecierpliwość, tym bardziej, że czuję się teraz uwiązany w tej pracy i nie mam ani grosza, żeby się wyrwać, ale samo czekanie też ma wyższy sens. Jeśli szczerze się czegoś pragnie, to Los, Gwiazdy, czy nawet sam Kryszna pokierują tak, jak trzeba.

Uff… Rozpisałem się. Aż mi się odcisk na palcu zrobił od długopisa. No ale myślę, że należało Ci się trochę wyjaśnień. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Odpisz, proszę. Chcę, żebyś wiedział, ile znaczy dla mnie Twoje zdanie.

Pozdrawiam Cię serdecznie, przyjacielu i czekam na list.

Twój, błagający o przebaczenie sługa
Madhavendra


Listy do Pavitrama - 9



Listy do Pavitrama - 9

19.06.02. NVM

Haribol Pavitramji!

Przyjmij pełne szacunku pokłony. Wszelka chwała Srila Prabhupadzie!

Dziękuję Ci za Twój ostatni list. Co mogę powiedzieć? Znów ratujesz mi życie. To jest właśnie, to czego potrzebuję: kilka słów otuchy i zachęty od starego druha. Wiesz, kiedyś zastanawiałem się, jaka jest nasza przyjaźń. Wiesz, co mam na myśli? Duchowa, czy materialna? Czasami się z sobą zgadzaliśmy, czasami nie, ale zawsze byliśmy razem, od początku bhakti yogi, a później się ożeniłem, a Ty spróbowałeś szczęścia w Indiach i balem się, że to koniec. Ale tyle już czasu minęło, a ja wcale nie czuję, żebyśmy się oddalili. Rozumiemy się tak samo, jak kiedyś, kiedy dzieliliśmy pokój w świątyni, kiedy skakaliśmy w szafranowych kirtanach, czy na książkowych akcjach "kamikadze".
Fajnie, co?

Ok, co u mnie?
No wiec ciągle jestem w mayi, nic się nie zmieniło, ale nie będę się wgłębiał. Lepiej opowiem Ci o Ratha Yatrze w Madrycie.

Działo się to 15.06.02 w sobotę. Pojechałem z Tulasi, Savitą, Mar i Angelą autobusem. Potem wzięliśmy metro i wysiedliśmy na Tribunal. Chcieliśmy iść do świątyni, ale po drodze spotkaliśmy dwie bhaktinki, które powiedziały, że lepiej iść od razu na miejsce, skąd ma wyruszyć wóz Pan Jagannatha. Plaza Callao (nie jestem pewien, czy tak się to pisze, ale dla Ciebie to i tak bez znaczenia, chodzi tylko o to, żebym się popisał przed Tobą znajomością Madrytu).
Wóz już tam stal. Czerwonożółty. Tak zobaczyłem mój pierwszy rathayatrowy wóz. Pan Jagannatha, Baladeva i Subhadra już tam na nas czekali.

No więc było tam już sporo bhaktow, głównie z Barcelony i Madrytu. Pujari ozdabiali jeszcze Bostwa. Dziewczyny poszły do toalety MacDonalda namalować sobie gopidhaty, a ja zająłem się rozglądaniem. Porozmawiałem trochę z Prema Murtim, ale głównie to po prostu patrzyłem dookoła. Nie znalem nikogo, więc za bardzo nie czułem, żeby do kogoś zagadywać, szczególnie, że wszyscy biegali.

W końcu Ratha Yatra ruszyła. Intonowanie poprowadził ekstatycznie, jak zwykle Kadamba Kanana Swami. Zacząłem ciągnąć wóz i w międzyczasie pstrykać zdjęcia, wysyłam Ci kilka.
Był też Atmarama i też prowadził kirtan, zaraz po Maharaju.

Aha - i w końcu kiedy zostawiliśmy wóz i ruszyliśmy w kierunku, gdzie miał się odbyć festiwal, zaczął śpiewać Sudama i też był czad, z tego kirtanu na pewno muszę Ci przesłać zdjęcia, szczególnie z tego, jak stoimy przy murzyńskim barze i czarne chłopaki tańczą z nami w kirtanie.
Później dostałem małego udaru słonecznego, prawie przestałem widzieć i chciało mi się rzygać, ale jakoś to przetrwałem, i w nocy, kiedy spadla temperatura, wróciłem do normy.
Wróciliśmy autokarem i do łóżka padłem około 2 rano.
To tyle

Sorry, że nie był to zbyt ekstatyczny reportaż, ale czasy ekstazy skończyły się chyba u mnie bezpowrotnie, he he.
Może jeśli zdecydowałbyś się przyjechać, to Twoje towarzystwo postawiło by mnie na nogi.
A tak, to nic mi się po prostu nie chce.

rozleniwiony i apatyczny
Twój na zawsze
Madhavendra

PS. I jeszcze wiersz dla ciebie, żebyś wiedział, że coś tam jeszcze myślę o naszym Krysznie :)))

"PROSZĘ ZACZEKAJ"

Zamiotłem już pokój
i włożyłem na miejsce
zabłąkaną książkę
Porcelanowy jeleń wysłał mi zachęcający gest
już czas - uśmiechnął się zegar
a zza okna zmierzch
zagwizdał trzy razy-
to nasz znak
Wziąłem do reki dwa buty
buty? - zaśmiałem się cicho
po co ci buty, skoro wiatr
użycza ci swoich piór?
I po co ci strach skoro sam wilk
dal ci swoje kły?
Już czas - zamknąłem powieki
i otwarłem oczy-
pod stopami gwiazdy
a nad głową Ty
już lecę - proszę czekaj
jeszcze tylko dwie chwilki...
na dole przez sen ktoś zapłakał
jeszcze jedna...
na Ziemi zaszczekał pies
oto moja ręka...już nie jestem swój
oto moja twarz...jestem już tylko Twój...

Listy do Pavitrama - 8



Listy do Pavitrama - 8

03.05.02. NVM

Haribol Pavitram!

Właśnie skończyłem gotowanie i trochę ogarnąłem pokój, bo wkradł się tu ostatnio mały nieporządek. Tulasi siedzi na łóżku i robi chyba już setną girlandę dla Bóstw.

Zacząłem pracować ostatnio nad ogrodem Prabhupada. Chciałbym go całego zasadzić kwiatami, żeby znów było tam tak pięknie, jak kiedyś. Widziałem stare zdjęcia i myślę, że będę mógł przywrócić mu choć trochę dawnej świetności.

Jak na razie ściągnąłem warstwę z trawą i spulchniłem to, co było pod spodem. Jutro, albo pojutrze zacznę przywozić kompost i kiedy tylko podłączę wodę, zacznę sadzić. Myślisz sobie pewnie, że w końcu się za coś naprawdę wziąłem i zacząłem czuć bluesa, ale musze Ci szczerze powiedzieć, że jest tak, jak zwykle; po prostu zmagam się, żeby coś robić, ale nie mam do tego serca. Ciągle czegoś brak.

Ostatnio jestem tak zawalony służbą, rundami i różnymi społecznymi uwikłaniami, że nie mam czasu, żeby spokojnie się nad sobą zastanowić. Nie mam czasu na mój świat. To jedna rzecz. A druga, to nie mogę wysiedzieć w jednym miejscu, gdzieś na wsi, ciągle te same sprawy (małe sprawy), te same małe problemy, które przysłaniają cały świat. Tęsknię za Krakowem, albo nawet za Warszawą, za godzinami w tramwaju, albo w autobusie, za patrzeniem przez okno na ludzi tak zajętych swoimi małymi sprawami (jak ja teraz).

Wiem, co powiesz. "Mieszkasz z bhaktami, służysz Radharani i Krysznie, studiujesz sastry, czego więcej możesz chcieć?" Masz rację. Tylko dlatego jeszcze tu jestem i toleruję problemy i niektóre osoby, szczególnie kiedy pakują mi się z butami w życie, bez żadnego wyczucia i próbują mnie ocenić i wepchnąć w swoje ciasne ramy.

Choć minęło tyle lat, to ciągle jestem anarchista. Co jakiś czas muszę siąść sobie samemu, włączyć Ga-Gę, czy Dezertera i przypomnieć sobie, że jestem wolny i "przeciw" (zawsze jest coś złego, przeciwko czemu można być "przeciw") i że "oni" mnie nie dostaną i że jakoś to będzie.
A potem mogę już zmienić kasetę na Aindrę, wziąć do ręki Srimad Bhagavatam i znów iść do przodu.

Ale Ci dałem wykład, co? Chyba już dam spokój.

Wiesz, zastanawiałem się kilka razy, czy nie zebrać tych listów, którymi Cię prześladuję i nie udostępnić ich szerszemu gronu, np. w Pada Sevanam, a może w jakiejś małej książeczce, ale chyba się nie zdecyduje. Zbyt osobiste - to raz, a po drugie, jaki z tego pożytek? Ludzie mają dosyć własnych problemów. Dlatego zostaniesz jedynym czytelnikiem moich wynurzeń, stary.

Pomódl się za mnie, gdziekolwiek teraz jesteś.

Twój przyjaciel
Madhavendra

Listy do Pavitrama - 7



Listy do Pavitrama - 7

27.04.02. NVM

Haribol Pavitramji!
Srila Prabhupada ki Jay!

Ten czas leci tak szybko i jest go tak mało. Już prawie dziewiąta i leżę pozwijany w śpiwór, ale pomyślałem, że jeszcze skrobnę parę słów, zanim zasnę.

Najpierw - dlaczego się ostatnio nie odzywasz?! Trochę jestem zły. No i się martwię. Daj jakiś znak życia, jakąś kartkę chociaż.

Wczoraj wyjechał Candramauli Maharaja. Nie wiem czy miałeś okazję spotkać go kiedyś? Pierwszy raz miałem z nim kontakt w Polsce, na ostatnim Woodstocku. Bardzo go wtedy polubiłem, wzbudził we mnie dużo sympatii. Pamiętam, jak w którymś momencie zobaczyłem, że Maharaja stoi sam (zwykle cały czas obstawiali go jacyś bhaktowie) i bez namysłu skoczyłem i spytałem: "Czy jest jakaś służba, którą mógłbym dla ciebie zrobić, Maharaja?" Spojrzał na mnie i odpowiedział cicho: "To ty mi powiedz, czy jest jakaś służba oddania, którą mógłbym zrobić. Przyjechałem tutaj służyć, a nie żeby mi służono" Powiedział to tak pokornie i szczerze, że skradł mi serce.

Tutaj zobaczyłem go na kirtanie, po powitaniu Bóstw. Kirtan prowadzi Kadamba Kanana Swami, jak zwykle pięknie i melodyjnie. Na wykładzie spytałem Candramauli Maharaja, czy to nie jest zanieczyszczenie, jeśli spełniając służbę oddania myślimy, że chcemy zostawić ten materialny świat. Odpowiedział, że ostatecznie, żeby zostawić ten świat i wrócić do Boga, musimy Go pokochać, więc jeśli cierpienia materialnej egzystencji i pragnienie wydostania się z niej dadzą nam jakiś impuls do pokochania Kryszny, to nie ma w tym nic złego. A kiedy już pokochamy Go naprawdę, to nie będzie miało dla nas znaczenia, czy jesteśmy w świecie materialnym czy duchowym, bylebyśmy mogli Mu służyć.

"Pamiętasz mnie, Maharaja?" spytałem tego samego dnia
"Oczywiście, że pamiętam, tylko imię mi wyleciało z pamięci... uczeń Trivikrama Maharaja, tak?"
"Tak" odpowiedziałem zadowolony. "Jestem Madhavendra Puri, mieszkam tutaj jakieś pół roku, z żoną. Cieszę się, że Cię widzę, Maharaja"
"Czym się zajmujesz?" spytał.
"Gotuję, jestem pujarim, trochę też w ogrodzie"
Położył mi rękę na ramieniu:
"Jeśli będziesz chciał porozmawiać, to nie wahaj się, zawsze jestem gotowy"
"Dziękuję Maharaja"
Złożyłem pokłon i zacząłem schodzić po schodach.
"Jeśli masz dla mnie jakąś służbę, to czekam" dodał.
Pamiętał, czy zawsze w ten sposób prosi o służbę?

Później przegapiłem wieczorne seminaria z Siksastaki, ale wieczorem naprawdę nie nadaję się do siedzenia w świątyni. Wieczorem leżę w łóżku i czytam, albo piszę. Kiedy wyjeżdżał, to chciałem mu coś dać, albo coś zrobić, ale nic nie wymyśliłem.

Kończę już, późno się zrobiło
Ściskam Cię Pavitramji. Jesteś tam?

Madhavendra

Listy do Pavitrama - 6



Listy do Pavitrama - 6

21.04.02. NVM

Haribol Pavitram!

Przyjmij moje pełne szacunku pokłony. Wszelka chwała Sri Sri Guru i Gaurandze! Srila Prabhupada ki Jay!

W końcu udało mi się siąść (w sumie to już nawet leżę) i skrobnąć parę słów do Ciebie.
Kilka ostatnich dni było naprawdę ciężko i nie mogłem nawet spokojnie poczytać, a co tu mówić o pisaniu.

Przede wszystkim mieliśmy przeprowadzkę. Przenieśliśmy się z guest house do budynku naprzeciwko i nie myśl, że to "przenieśliśmy się" oznaczało tylko przeniesienie paru rzeczy. Przed nami mieszkał tam Alberto i jego piecyk strasznie dymił, tak więc dostaliśmy pokój z kompletnie czarnymi ścianami. A jaki smród... Więc trzeba było te ściany umyć, a potem pomalować, a potem jeszcze raz, a oprócz tego aranżować farby, pędzle itd. No i nikt za mnie służby nie robił, więc musiałem to wszystko organizować po służbie, w czasie wolnym. Ale na szczęście już prawie koniec. Jeszcze tylko zamontuję nowy piecyk i fajrant.
To tyle z ostatnich wydarzeń - szara rzeczywistość.

Wczoraj śnił mi się Guru Maharaja. Już dawno nikt mnie tak nie ochrzanił. Czekaj, muszę sobie wszystko ułożyć w głowie.

No więc najpierw śniło mi się, że przyjechał Kryszna Nam i chociaż chciałem z nim pogadać, to jakoś szybko mnie spławił i poszedł rozmawiać z jakimś innym bhaktą. U mnie w głowie była tylko jedna myśl: że muszę w jakiś sposób dostać się do Stanów, do Maharaja i dlatego musze się dowiedzieć, co "knuje" Kryszna Nam. Więc kiedy skończył rozmawiać z tamtym bhaktą, rzuciłem się na niego i spytałem: "O czym rozmawiałeś z Kryszna Namem?". "Jadę do Stanów, do Maharaja" powiedział beztrosko. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom i próbowałem znaleźć coś, co załagodziłoby moją zazdrość. " Maharaja potrzebuje pewnie tylko brahmacarinów, co?" spytałem. "Nie, jadą też dwie mataji i dwie pary grihastow"
To był cios.

A później zaczęła się druga część snu. Słuchaj: Wchodzi Maharaja. Heavy nastrój. I wchodzi, jakby wcale mnie nie widział. "Maharaja, zabierz mnie z sobą" mówię.
Maharaja uśmiecha się, ale wcale nie w przyjemny sposób.
"Nie mamy tylu udogodnień" – ironia.
"To nic"- wołam entuzjastycznie.
"Tak? A jak będziesz w stanie znieść rozłąkę z małżonką? "
"Nie ma problemu" ale moja pewność siebie szybko topnieje "Mogę to zrobić"
"Tak? A dlaczego chcesz to zrobić? Dlaczego chcesz pojechać?"
Nie wiem, co powiedzieć, trzęsą mi się nogi. Maharaja ma rację!
"No to ci powiem" - mówi wreszcie Maharaja- "Bo masz taki kaprys. To jest twoja prawdziwa motywacja" Znowu cisza i tylko stalowy wzrok Maharaja wkręca się w moje serce.
"Co ty w ogóle potrafisz?" pyta .
Znowu nie wiem, co powiedzieć. Maharaja wskazuje na moje dhoti.
"Jesteś braminem, a nie potrafisz nawet zawiązać dhoti tak, jak trzeba. Co to jest!?"
Patrzę na nieporządny węzeł i próbuje się bronić.
"Potrafię! Patrz Guru Maharaja! I staram się zawiązać dhoti "po braminsku", ale kompletnie mi nie wychodzi. W końcu zniecierpliwiony Maharaja wyciąga mi z reki część dhoti i jednym ruchem wiąże je tak, jak sanyasinską chustę. I teraz jest szafranowe!
"Tak się wiąże dhoti" - dodaje i po chwili - "Ok, możesz jechać "
Z jednej strony się cieszę, ale z drugiej jestem przerażony jak nigdy. Budzę się.

I co powiesz? Ciekawy sen, nie? Tylko co on naprawdę oznacza? I czy w ogóle coś znaczy? W każdym bądź razie uświadomił mi, jak wątłe są moje podstawy oddania dla Guru Maharaja.

Oprócz tego dziś jest dzień pojawienia się Pana Ramacandry. Od kilku dni czytam "Ramayanę", żeby wejść w nastrój i naprawdę mi się podoba. Nigdy jeszcze nie wgłębiałem się w te rozrywki Najwyższego Pana, ale teraz, kiedy czytam "Ramayane" to nie mogę przestać.
Jeśli będziesz w okolicach Ayodhyi, to "nazbieraj" dla mnie trochę nieznanych rozrywek i w ogóle jakichś nektarów o Panu Ramie, Hanumanie itd, ok?
No dobra, kończę, już dawno przeleciała 21:00.
Życz mi szczęścia i powodzenia we wstaniu na jutrzejsze mangala aratai. Jakoś mi to ostatnio nie wychodzi

Twój sługa i wieczny przyjaciel
Madhavendra

PS Możesz mnie sczyścić w następnym liście, że zapomniałem napisać o wizycie Hanumat Prasaka Maharaja, ale jutro przyjeżdża Candramauli Maharaja i tym razem się postaram :)

Listy do Pavitrama - 5



Listy do Pavitrama - 5

11.04.02. NVM

Haribol Pavitram !

Pokłony. Niech żyje Srila Prabhupada!

Ogoliłem się dzisiaj, bo wyglądałem już jak zwierz. Aż wstyd było wchodzić na ołtarz z taką brodą i czupryną. A teraz znów wyglądam, jakbym miał 18 lat. Poza tym jutro albo pojutrze przyjeżdża dwóch swamich: Kadamba Kanana Maharaja i Hanumat Prasaka Maharaja. Trzeba się jakoś prezentować.

Trochę dziś zelżało napięcie ostatnich dni, ale przyznaję się, że ciągle mam nerwy napięte jak postronki. Marzy mi się jakaś świadoma Kryszny przygoda, coś co by mnie postawiło na nogi. Chyba brakuje mi tutaj nauczania. Pamiętam, że nastrój nauczania dawał mi pewien rodzaj spokoju i w ogóle sensu życia. Jakiś wyższy cel. Teraz w sumie też mam wyższy cel, chcę być świadomy Kryszny, ale jest mi trochę "sucho" i coraz bardziej trzeba się zmagać. Może dlatego pojawiają się problemy? Tak jak ten ostatni z szefostwem? Zmęczony tym jestem.
Chcesz posłuchać bajki na dobranoc, Pavitramji? ;)

Dawno, dawno temu był sobie... a tam - wolę w pierwszej osobie - no więc dawno, dawno temu byłem w sankirtanowej grupie. Mieliśmy kilka garnków, karton z warzywami, mąką i przyprawami, który w każdy weekend uzupełnialiśmy w świątyni, kabinę prysznicową, kilka obrazków na ścianie, parę pudeł z orzeszkami i pełne książek skrzynie, na których spaliśmy, jeśli nie było za zimno i chcieliśmy zaoszczędzić na schronisku.

Mój wódz miał siwe włosy, indiański nos i zawsze jakąś książkę po angielsku, z której czasami nam czytał, jeśli znalazł coś naprawdę pasjonującego.

Rano, po wstaniu i kilku rundach gotowaliśmy pyszne, sankirtanowe kitri i wcinaliśmy go ze świeżym kefirem i ciemnym chlebem z masłem.

Później wykopywałem się na ulicę i przez parę godzin modliłem się intensywnie: "Kryszno, niech weźmie te orzeszki", " Kryszno, niech weźmie tę książkę" "Kryszno, jesteś tu?"

A później wracaliśmy do samochodu i opowiadaliśmy sobie rozrywki, realizacje i czasami też o tym, jak nam ciężko i beznadziejnie, i chyba trzeba będzie zmienić służbę.

A wieczorami w śpiworach, po kilku miłych słowach, powoli i szczęśliwie (albo nieszczęśliwie) zasypialiśmy, a zza okna kołysały nas do snu, co wieczór inne odgłosy; czasami szum drzew, czasami silników i fajnie było wtedy wiedzieć, że jesteśmy w domu, z naszym siwym, indiańskim wodzem.

No to dobranoc, Pavitram.
Madhavendra