Szafranowe stronice 56
06.04.1998 Kraków
Dziś maharaja wyleciał z Warszawy do USA, ale u nas w świątyni nie ma go już od kilku dni. Kiedy wyjechał, przyszedł smutek. Kiedy tu był, ciągła medytacja o służbie dla niego, była spoiwem, które pozwalało mi utrzymać wizję celu, koncentrację, dawało szczęście. Teraz błąkam się z kąta w kąt.
Wczoraj było święto pojawienia się Pana Ramacandry, ale nie czuje szczególnej inspiracji, tak jakoś przeleciało. To nie jest tak, że czuję się nieszczęśliwy. Jest ok. Tzn… trudno mi rozgryźć, co czuję. Z jednej strony zbierają się ciemniejsze chmury. Przed chwilą, w czasie bhajanu Gadodtakcza sczyścił mnie konkretnie, za to, że się wygłupiałem, zamiast śpiewać dla Pana Czejtanii. Ale z drugiej strony jestem spokojny. Może to ten czas spędzony z guru maharajem? Mam w środku jakieś poczucie bezpieczeństwa, opieki z wyższych sfer.
Pamiętam taki sen, w czasie przenosin świątyni z Podedworza na Wyżynną. Byłem wykończony, ledwo żyłem, frustracja, itp. W tym śnie siedziałem w wielkiej sali, coś jakby w amfiteatrze. Było tam tysiące Vaisnavów. Nagle zobaczyłem przed sobą guru maharaja, siedzącego do mnie tyłem. Gdy go dostrzegłem, odwrócił się do mnie i uśmiechnął się. Najpierw w taki żartobliwo-karcący sposób, jakby mówił: „co z tobą? Łamiesz się?”, a później uśmiech zmienił mu się na taki ciepły, serdeczny, jakby chciał powiedzieć: „Trzymaj się, jestem z tobą”. Po tym śnie poczułem się lepiej, w sercu pojawiło się uczucie wyższej opieki. Z tego właśnie mam dużo szczęścia. Z poczucia, że jest ktoś ponad mną, ktoś kto prowadzi mnie, opiekuje się, dba, i zawsze jest gdzieś blisko, żeby w ostatniej chwili, gdy coś schrzanię, wyciągnąć mnie z nad przepaści i uratować. Nie bałbym się świata, ani siebie, wiedząc, ze jest przy mnie ktoś, kto mnie „asekuruje” na tej stromej, niebezpiecznej ścieżce.

No comments:
Post a Comment