Saturday, 2 February 2013

Wątpliwości o Świętym Imieniu


Szafranowe stronice 50

23.02.1998 Kraków

     Ostatnio mam pewne wątpliwości odnośnie potęgi Świętego Imienia. Ciężko mi przyjąć, że po prostu przez intonowanie mantry Hare Kryszna można wyzwolić się z tego świata i wrócić do Kryszny. Myślę, że to dlatego, że choć intonuję każdego dnia, to ciągle widzę w sobie zanieczyszczenia. Widzę, że zrobiłem jakiś postęp, ale skąd wiem, że to dzięki Świętemu Imieniu, a nie z powodu wyrzeczonego trybu życia? Wczesnego wstawania, czystości, czterech zasad, itd.? Moje serce jest pełne takich wątpliwości. Zastanawiałem się, czy dobrze jest o tym pisać, ale słyszałem, że lepiej stanąć twarzą w twarz z wątpliwościami i poradzić sobie z nimi, zamiast odsuwać je na później.
     Ciekawe jest, że czuję satysfakcję, czasami nawet radość z intonowania, ale jednak nie mam pewnej wiary, że mogę wydostać się na wolność tylko dzięki mantrowaniu.
     Proszę Cię, Kryszno, rozwiej moje wątpliwości, ułóż moje życie tak, żebym utwierdził się w służbie oddania i wierze. Pomóż mi pokonać umysł.
     Haribol.

Pół godziny później

     Lepiej. Kilka dobrze wyintonowanych rund i umysł spokojniejszy, serce pełne życia. Inspirują mnie pieśni Bhaktivinoda Thakura, szczególnie „Ki jani’ ki’ bale”. Widzę, że proszenie Kryszny o łaskę oczyszcza jaźń.

Na sankirtanie z Rupą Goswamim i Śaśabindu cz.1



Szafranowe stronice 49

11.02.1998 Nowy Sącz

     Jestem na sankirtanie z Rupą Goswamim i Śaśabindu. Dopadła mnie pewna realizacja i choć miałem opory, to Śaśabindu doradził mi, żebym ją opisał.
     Kiedy wczoraj dowiedziałem się, że jadę na wędrowny sankirtan, bardzo się ucieszyłem – znowu w trasie! Kiedy jednak dotarło do mnie, że jadę z Rupą Goswamim, to trochę się podłamałem. Chodzi o to, że od dłuższego czasu mam z nim problem, drażni mnie po prostu. Traktuje mnie jak dziecko, czuję jego lekceważenie, protekcjonalność i ciężko mi to strawić. Kiedy dowiedziałem się, że z nim jadę, wpadłem na niezły mental. 
     I teraz, po pierwszym dniu jest mi strasznie głupio, bo Rupa jest dla mnie bardzo miły i otwarty, i wszystkie koncepcje, jakie miałem na jego temat, rozwaliły się. Widzę, że on nie jest sztuczny, ale szczerze próbuje zadowolić Śaśabindu i mnie. 
     Umysł jest strasznym draniem. Jeden dzień postrzegam świat w taki sposób, a następnego w całkowicie inny. Co zatem jest prawdziwe? Na pewno nie podszepty zmieniającego się umysłu. Co ja wiem? Jedyny ratunek to łaska bhaktów i mistrza duchowego. Sam nie mam żadnych szans. 

12.02.1998 Nowy Sącz

     Dziś robiliśmy sankirtan w Krynicy. Znów się zmagałem. Trudno myśleć o Krysznie i czuć smak do intonowania, kiedy umysł mi chodzi, jak teraz. Wkurza mnie to. Z jednej strony ciągnie mnie na sankirtan – podróże, przygody, lekcje. Ale z drugiej, tak ciężko się przebić przez swoje opory. Dziś w Krynicy była masakra. Nie mogłem słuchać rund, zżerało mnie pożądanie, jakiś koszmar. Jak myśleć o Krysznie i mieć do Niego przyjazny stosunek, kiedy tyle rzeczy przygina do ziemi? Czasami czuję bunt. Dlaczego Kryszna pozwala, abym cierpiał? Zaraz później dopadają mnie wyrzuty sumienia, bo zdaję sobie sprawę, że to wszystko wina moich zanieczyszczeń. Wtedy nie mogę intonować, bo czuję się jak złodziej, który chce ukraść skarb, choć wcale na niego nie zasłużył. W świątyni dopada nuda, gnuśność, polityki, ale jednak nie ma aż takich tarć wewnętrznych. Spokojne rundy, spokojny program poranny, jakaś służba, i powolutku leci. A teraz? Znów obce miasta, obce ulice, obca sytuacja. A bhaktowie, chociaż nie są obcy, to są na innej platformie, niż ja, i przez to ciężko się porozumieć, ciężko wyjść poza jakąś formalną komunikację. Czuję się cholernie sam.
     Wydawać by się mogło, że to doskonała sytuacja, żeby szukać schronienia w Krysznie, ale mam wrażenie, że On też się oddalił.
     Eh, Boże. Gdyby przeliczyć kartki z mojego dziennika, to ile z nich mówi o radości, spokoju i inspiracji? Chyba niewiele.
     Haribol.

Pół godziny później

Zaczyna boleć mnie ząb. Stop.
Ostatnio go przecież plombowałem. Stop.
Zapłaciłem 20 złotych. Stop.
Dobranoc. Stop.

13.02.1998 Nowy Sącz

     Dziś piątek trzynastego. Miałem najgorsze rundy od czasu, kiedy byłem w Bielsku z Viśvarupą. Jestem w czystej ignorancji (śuddha tamas?) Spałem dziewięć godzin, ale ciągle jestem zmęczony. Jakby wszystkiego było mało, wczoraj wieczorem napadł mnie duch. Była to jakaś stara wiedźma, która próbowała mnie uwieść. Ja jednak bardziej się bałem, niż czułem pożądanie i pomimo jej napastliwości i brutalności, udało mi się wyrwać.
     Później śniłem o katastrofie. Była wojna, wszystko wydawało się mroczne, dziwaczne, powykręcane, nawet Kryszna Nama, który niespodziewanie się tam zjawił. Do tego jeszcze symfoniczna orkiestra obłąkanych, którzy uciekli z domu wariatów. 
     To była ciężka noc.
     Dzień też nie zapowiada się najlepiej, jestem wymięty jak ściera. Bhaktowie coś do mnie mówią, ale prawie nic do mnie nie dociera, coś jakby film, który niezbyt mnie interesuje. Śaśabindu coś o Acyucie, Rupa też coś tam gada, i tak jakby nie łapali, że jestem całkiem gdzie indziej. 
     Cholera. Chcę być szczęśliwy, spokojny, zadedykowany, a wszystko dzieje się na odwrót. Nie czuję żadnego schronienia. Nie ma żadnej służby, która dawałaby mi radość. Lubię podróżować, lubię nauczać, więc dlaczego tak się czuję na sankirtanie? Pamiętam radość, kiedy w świątyni rozmawiałem z gośćmi o Krysznie, czułem, że to daje przyjemność Krysznie, ja też czułem nektar.
    A teraz? Czuję się jak karmita, nie bhakta, a Kryszna jawi się jako odległa, władcza siła, bez twarzy, która czerpie radość z tłamszenia mnie, zmuszania mnie do podporządkowania się.
     Nic nie poradzę. Tak to teraz czuję.
     Guru Maharaja powiedział mi niedawno, że powinienem zaakceptować cierpienie jako część mojej służby i będzie to dla mnie oczyszczające, ale to nie działa. Wręcz przeciwnie – to mnie degraduje. A może odsłania się przede mną moja faktyczna pozycja? Może to, czego przebłyski miałem w świątyni – pokora, radość, służenie – to tylko fantazja? Eh…
     Kryszno, pomóż mi się ogarnąć, proszę.

14.02.1998 Nowy Sącz

     Wczoraj po sankirtanie porozmawiałem o tym wszystkim z Śaśabindu i było całkiem ok., ale dzisiaj… Skąd się bierze ta wypałka? Bunt i złość. Nie chcę się podporządkować. Nikomu.
     Zaczęło się rano. Rupa powiedział, że od dziś mam myć naczynia wieczorem, bo zostawianie brudnych naczyń na całą noc, to ignorancja. Kiedy zaoponowałem, powiedział, że to nie jest kwestia do dyskusji, ale polecenie, które mam wykonać. Dodał jeszcze, że to dla mojego dobra. Cały trząsłem się z nerwów, ale nic nie powiedziałem, zdusiłem w sobie złość.
     Później ulica. Kiedy podchodziłem do ludzi i nikt nie brał, znów – złość. Wreszcie zacząłem przeklinać.
     Myślę, że jestem ciężarem dla bhaktów. Pamiętam, jak kłóciłem się z Anantą, kiedy był komandorem i mówiłem mu, że tylko jemu nie chcę się podporządkować, bo nie uznaję go za autorytet, ale teraz widzę, że podporządkowanie nie wchodzi w grę z nikim. Czy to był Viśvarupa, Śyamasundar, Ananta, czy teraz Rupa, nie jestem w stanie wykonywać ich poleceń. Kiedy działam z ludźmi na zasadzie współpracy, koleżeństwa, to nie ma problemu, ale kiedy ktoś próbuje mi rozkazywać, to blokada i złość.
    Ostatnimi tygodniami czułem się w świątyni dosyć dobrze, ponieważ miałem trochę własnej odpowiedzialności, służby, do której nikt mi się nie wtrącał. Teraz natomiast to koszmar. Nie trawię wojskowego drygu. Siedzę więc uwięziony w tej ciasnej sytuacji. W świątyni jest więcej opcji – można się schować, uciec, zaśpiewać bhajan, jakoś leci, natomiast tutaj… Jakieś zasady wymyślone przez Rupę, które dopilnowuje w pedantyczny sposób, jakby to były nakazy śastr. Nie trawię tego. 
     Po co o tym piszę? Ponieważ myślę, że kiedyś w przyszłości, jeżeli jeszcze będę w tym procesie, będę mógł zrobić studium psychologiczne tego, co się działo i może pomoże mi to w dalszej drodze.
     Dziś wydaje mi się, że moje stare hasło: „No future” nabrało nowych barw, tyle tylko, że ciemniejszych niż kiedyś, za punkowych czasów. Po prostu nie widzę, jak będzie wyglądało moje życie za parę lat. Nawet za kilka dni. Do tego nie potrafię zwrócić się do Kryszny, a to chyba boli najbardziej. Bo bez Niego, to co pozostaje?


17.02.1998 Łańcut

     Jest już dobrze. Mój ostatni maha-mental minął. Tylko nikłe echo wspomnienia ostatnich zawirowań kołacze się gdzieś po zakamarkach umysłu. Byłem już na granicy upadku, prawie odszedłem. Może to obrazy wobec Rupy Goswamiego? Leżałem w vanie, nie czułem się już wielbicielem. Wtedy, dzięki łasce Kryszny, przypomniałem sobie, że czytałem gdzieś, że słuchanie o rasa lila uwalnia serce od pożądania. Wziąłem więc Kryszna book i zacząłem czytać, równocześnie modląc się do Kryszny o pomoc. Wtedy wszystko zaczęło się uspakajać, jak cichnięcie sztormu na oceanie, mój umysł ochłonął, pożądanie zaczęło znikać, jak cień w obliczu słońca. W tamtej chwili znów stałem się bhaktą, znów mogłem się modlić do Kryszny o łaskę, zniknął bunt, znów zacząłem słuchać rund i czuć potrzebę pokory. Umysł uspokoił się i dalszy sankirtan nie wydaje się już mordęgą, ale nawet mam chęć kontynuować. Gdzie indziej mogę tak szybko robić postęp, jak na ulicy?
     Ucichła też moja niechęć do Rupy, Śaśabindu codziennie zalewa nas nektarem swoich duchowych realizacji. Dziękuję Guru i Krysznie, gdyż bez ich pomocy nie przeszedłbym tego testu. Czuję, że zrobiłem postęp duchowy. Przede wszystkim czuję ochronę Kryszny. Kiedy dotknąłem już dna, to dopiero kiedy całkowicie się Mu poddałem, zacząłem wznosić się ponad to wszystko.

Mistyczne sny


Szafranowe stronice 48

08.02.1998 Kraków

     Przyspałem sobie trochę przed programem niedzielnym i śnił mi się guru maharaja. Pamiętam, że sporo się działo w tym śnie, ale najbardziej utkwiły mi dwie sytuacje.
     W jednej służyłem guru maharajowi. Czekałem pod drzwiami, wiedząc, że będzie coś ode mnie zaraz chciał. Nie myliłem się, w pewnym momencie usłyszałem, że mnie woła. Pełen entuzjazmu i rajo guny (jak zwykle) wbiegłem do jego pokoju. Okazało się, że jest pusty. Zaniemówiłem. Nie wiedziałem o co chodzi, bałem się, że coś skwaszę, ale równocześnie czułem ten szczególny mistyczno-odświętny nastrój, jak zawsze mam w snach z nim.
     Znów usłyszałem swoje imię. Tym razem jednak nie było to surowe wezwanie, ale raczej lekko drwiące (w pozytywny sposób), zabawowe przekomarzanie, odbijające się szeptanym echem od ścian. Zajarzyłem, że to taka duchowa zabawa w chowanego. Serce zalał mi duchowy nektar. Poczułem, że guru maharaja w ten sposób, bawiąc się ze mną jak z dzieckiem, chce mi pomóc wydostać się z mentalnych problemów (a trochę ich mam). To był odlot. Biegałem po całej swiątyni, po wszystkich zakamarkach, a guru maharaja wołał: Marcin… Marcin… Marcin…
     Druga scena była taka: siedziałem w pokoju Gadotkaczy. Nagle olśniło mnie – lekarstwem na moje problemy jest nawiązanie medialnego połączenia z guru maharajem. Zacząłem się na nim koncentrować i już prawie mi się udało, ale obudził mnie Kasi Miśra (coś około 13:10).

Saturday, 5 January 2013

W obliczu śmierci


Szafranowe stronice 47

24.01.1998 Kraków

     Jest jeszcze wcześnie rano, tuż po mangala arati. Otarłem się dziś o śmierć. Po kąpieli w brodziku włożyłem przeprane dhoti i kurtę do wirówki, która zawsze stoi w brodziku, nieraz nieźle zanurzona w wodzie. Włączyłem kabel do kontaktu i nacisnąłem pokrywę wirówki, żeby ją włączyć. I wtedy poraził mnie prąd. Nie było to jakieś krótkie porażenie. Wirówka była mokra, a na dodatek stałem na mokrej podłodze. Elektryczność pochwyciła mnie i nie mogłem się ruszyć, nic zrobić. Trzymało mnie dobrych kilka sekund, aż wreszcie coś mnie odepchnęło i upadłem na podłogę obok brodzika. Stał tam jeszcze Bartek, który chyba nie zajarzył, co się dzieje.  „Wypierd…j stamtąd” – krzyknąłem, co było moim pierwszym przekleństwem jak bhakty.
     To było przerażające. W czasie tych kilku sekund poczułem, jak zmieniła się rzeczywistość. To było dziwne. Kiedy poraził mnie prąd, najpierw poczułem to w umyśle, jakbym wszedł w inny wymiar, jakiś zły sen. Nie wiem, jak to opisać. Jakby nagle pojawiło się blisko mnie coś potężnego, mrocznego, czemu nie mogłem się sprzeciwić, nie mówiąc już o walce. Dopiero chwilę później przyszedł ból, z którym równocześnie ciągle czułem obecność czegoś potężnego i nieodwracalnego. I najstraszniejsze chyba było to, że to uczucie było bardzo znajome, jakbym go przeżył setki razy. W tych kilku sekundach zrozumiałem, że to śmierć, którą dobrze znam. Coś we mnie, w środku zawołało z rozpaczą: „Jeszcze nie! Za wcześnie! Przecież nie skończyłem!”
     To była mocna lekcja. Myślimy sobie, że jesteśmy kontrolerami, mamy plany, coś tam aranżujemy, myślimy, że zdążymy ze wszystkim, przecież zawsze jest dosyć czasu, a to przecież takie głupie. Życie po życiu to samo – ni w pięć ni w dziewięć zjawia się śmierć i nie mamy nic, ale to nic do powiedzenia. 
     Cieszę się, że jestem bhaktą. Chcę wrócić do Domu, do Kryszny, skończyć wreszcie z tymi głupotami.

Później

     A trochę bliżej ziemi – okazało się, że wczoraj ta wirówka kopnęła już bhaktę Grzegorza. A co on zrobił? Ubrał gumowe rękawiczki, gumowe klapki i wywirował swoje pranie. A później sobie poszedł, nikomu nic nie mówiąc! Co za gość. Zaniosłem wirówkę na strych, zameldowując o tym Kasi Miśrze. Za chwile widzę, że Grzegorz znosi wirówkę ze strychu i zmierza z nią do łazienki. Zatkało mnie. Ale tylko na chwilę. Opieprzyłem go z góry na dół i kazałem mu ją natychmiast odnieść z powrotem. Cos w moim głosie musiało go przekonać, że nie żartuję, bo posłusznie zawrócił.
     Cały dzień myślę o tym porannym wydarzeniu. Cos takiego może zainspirować do życia duchowego. Chciałbym tak zawsze słuchać rund jak dziś rano. A później w kirtanie też był czad. Tańczyłem i słuchałem, jak nigdy dotąd. W pewnym momencie Kirtan przejął Dvarakadiś. Zaśpiewał Hari Haraye Namah Kryszna. Kiedy doszedł do zwrotki „Śri Czejtania Nityananda”, spojrzałem na nasze Bóstwa i wydało mi się, że przez chwilę nie widziałem statuetek, ale dwie, lśniące, uśmiechnięte osoby, które zaraz dołączą do kirtanu. Poczułem wielkie szczęście, włos mi się zjeżył na całym ciele, to było coś. 
     Czasami sam nie wiem, czy może mam za dużą wyobraźnię, albo tak bardzo chcę mistycznych przeżyć, że sobie je wyobrażam? Ale z drugiej strony, czy to coś złego? Mam przecież na tyle rozsądku, że wiem co jest najważniejsze – służenie bhaktom i Guru Maharajowi, a nie szukanie ekstaz i doświadczeń. To wszystko przyjdzie samo.

O zatruciu purisami i Wolności Absolutnej


Szafranowe stronice 46

14.01.1998 Kraków

     Kiepski dziś dzień. Chciałbym pisać o pozytywach, ale uczciwość wymaga, żeby mówić o wszystkim. Wczoraj musiałem coś załatwić, a kiedy wróciłem, okazało się, że nikt nie zostawił mi prasadam. Wkurzyłem się i poszedłem do kuchni nasmażyć sobie purisów. Wszyscy zaczęli mnie czyścić, że już za późno na purisy, zresztą to kuchnia Kryszny, a nie moja. Jeszcze bardziej się wnerwiłem i z tej złości i przekory zjadałem za dużo i się strułem. Położyłem się późno, bo do dziesiątej wieczór oglądaliśmy video z Vyasa-pujy, w nocy wymiotowałem, i z tego wszystkiego nie wstałem rano, żeby służyć Maharajowi (co jest moją zwykłą poranną służbą). Cały poranny program byłem słaby i chory, i tak się to ciągnie cały dzień. Po prostu fizycznie czuję, jak oplatają mnie siły natury, czy raczej jedna – tamo guna. Nie za przyjemne uczucie, ale nie daję rady z niego wyjść.
     Na wykładzie Guru Maharaja powiedział super rzecz, która uprzytomniła mi trochę, co się może ze mną teraz dziać. Powiedział, że powinniśmy być cierpliwi i pełnić naszą służbę w nastroju oczekiwania na objawienie się Kryszny. Kluczem do tego jest pokora i cierpliwość. I Kryszna się pokaże. Jeśli jednak stwierdzimy, że czekaliśmy już dosyć i teraz czas zająć się czymś innym, to z naszej strony głupota, bo wtedy Kryszna na pewno się nie objawi. Widzę, jakie to trudne wzbudzić w sobie taki stan, że polega się tylko na Krysznie. Porzucić wszystkie pragnienia, plany, samolubne myśli i czekać z pełną wiarą, że Kryszna w końcu przyjdzie do naszego życia. Cholernie trudne. Wiem, że byłoby to coś cudownego, ale nie potrafię tego zrobić. Chcę podporządkować się Krysznie, ale mam też swoje plany i koncepcje. Jak mogę je zostawić? Teoretycznie łatwo – czyż to nie z ich powodu cierpimy w tym świecie? Ale w praktyce… Eh, gdyby ktoś pomógł mi zrobić ten pierwszy krok.
     Mieszkając w świątyni, czuję, że wciąga mnie ten system, społeczne sprawy, polityki i w ogóle nie jestem introspektywny. Poddaję się gunom natury, i chociaż bym nawet chciał się wyplatać, to nie jestem w stanie. Tak jak teraz – dopiero pierwszy raz od jakichś dwóch dni udało mi się zatrzymać i uporządkować trochę myśli, co dało mi trochę ulgi i spokoju. I gdzie się to dzieje? W kolejce u dentysty, w zimnej poczekalni, ze starą babcią, ssącą miętówkę po jednej stronie i grubym panem, czytającym gazetę po drugiej.
     Chciałbym już być wolny. Myślałem sobie, co odpowiedziałbym Guru Maharajowi, gdyby spytał mnie, co jest moim celem, co chcę osiągnąć w życiu. Wolność. Ale wolność absolutna, nie jakieś półśrodki. Wolność od umysłu, ciała, tego materialnego świata, pragnień, uwikłań, wszystkiego. Dla bhakty chyba nie za dobra motywacja. Powinna mną kierować miłość do Kryszny. Ale o tyle dobrze, że zdaję sobie sprawę, że tą upragnioną wolność mogę osiągnąć tylko w relacji z Kryszną. Kiedy cierpię w klatce mojego ciasnego ciała i umysłu, to marze o wolności, która oznacza dla mnie napełnienie niczym nieskażoną miłością, szczęściem, oraz pełnią możliwości, bez żadnych ograniczeń. Wiem, że sam tego nie osiągnę. Samemu to można tylko zejść niżej na tej karuzeli samsary. Dlatego próbuję podporządkować się Krysznie, ale jest to słabe pragnienie. Dlatego nie ma we mnie stanowczości, zapominam o celu, po prostu idę z prądem. Siedzę więc w tej zimnej poczekalni do dentysty i modlę się o wytrwałość, odwagę i jasność celu -  czysta wolność w towarzystwie Kryszny.

Vyasa Puja Trivikrama Maharaja


Szafranowe stronice 46

12.01.1998 Kraków

     Już czas wykładu, ale zdrzemnąłem się i dopiero przed chwilą wróciłem na jawę i już nie chce mi się teraz iść. Opiszę wrażenia z festiwalu Vyasa Pujy. 
     No więc? Wrażenia mieszane. Pierwszy dzień był katastrofą. Przyjechało dużo bhaktów (i bhaktinek) z całej Polski i paliło mnie pożądanie, nie powstrzymywałem się nawet, ale otwarcie wypatrywałem co ładniejsze dziewczyny, a trochę ich było. Niezły ze mnie brahmacarin. Jakim cudem przetrwałem w celibacie już ponad rok? Nie mam pojęcia. Nie było mi z tym za dobrze. Na szczęście drugi dzień festiwalu był inny. Przeżyłem dwie takie chwile, że serce rosło.
     Najpierw rano na sali gimnastycznej w wynajętej szkole, gdzie zrobiliśmy pokój świątynny, śpiewaliśmy Śri Guru Vandanę dla Trivikrama Maharaja. Bhaktów było chyba z dwustu, atmosfera odświętna, zapachy kadzideł, oczy wielbicieli pełne uczucia. Wszyscy staliśmy przed Guru Maharajem, który z zamkniętymi oczyma przygrywał na karatalach (ten swój prosty rytm, z tym trochę topornym przejściem) i też śpiewał. Pomyślałem sobie wtedy, że ciekawe dlaczego śpiewa z nami, przecież to pieśń dla niego, ale wtedy zrozumiałem, że on śpiewa dla Śrila Prabhupada. Bardzo mocno mnie to uderzyło, poczułem moc sukcesji uczniów, zresztą nie tylko moc, ale i, nie wiem… głębie i miłość w niej zawartą. Pokolenie za pokoleniem, mistrz za mistrzem, przekazujący kolejnym biednym jivom nauki bhakti. Coś niesamowitego. Zalała mnie miłość do Guru Maharaja i reszty aczaryów i w sercu jakbym przeżywał jego pokorę. Ciężko to opisać. Jakbym był częścią tego łańcucha duchowej miłości. Brzmi sentymentalnie, wiem, ale wcale takie nie było. To było duchowe, nie mam co do tego wątpliwości. Kompletny odlot. Trwało to jakieś kilkanaście minut. Będę to już zawsze wspominał.
     Teraz drugie duchowe wydarzenie. Zaraz przed przedstawieniem, w którym grałem wuja Bilvamangali Thakury odbył się kirtan. I to nie jakiś zwykły, ale ognisty, szalony kirtan na kilkaset osób. Byliśmy (teatralna grupa Śirny) przygotowani do przedstawienia, w naszych strojach i charakteryzacji, więc tylko obserwowaliśmy zza kurtyny. Stałem na niewielkim podwyższeniu, które pozwalało mi objąć wzrokiem całą salę. Kryszno, jak to wyglądało! Świat duchowy. Ze dwie setki śmiejących się, tańczących postaci, wznoszących ręce do góry, obejmujących się i z całych sił intonujących imiona Boga. Niektórzy wirowali jak derwisze, niektórzy trzymając się za ręce, kręcili w kółko, mataji stworzyły bajeczny, falujący łańcuszek, wśród nich tańczyły rozpalone do czerwoności dzieci. Mam nadzieję, że całe życie będę mógł brać udział w takich kirtanach. Patrząc na te rzekę kolorów i śmiechu, pomyślałem, że to cud, że w tym materialnym świecie jest takie miejsce, że tyle dusz tańczy i śpiewa jak dzieci dla Kryszny. Co może być lepszego. W pewnym momencie do oczu napłynęły mi łzy, a serce stopniało, jakby włał się do niego płynny nektar. Stałem tam, zerkając zza zasłonki, łzy spływały mi po policzkach i nie mogłem uwierzyć, że może istnieć tak czysta i doskonała forma szczęścia, jakiego w tamtym momencie doświadczyłem. Chciałbym móc pozostać na tej platformie na zawsze. Wierzę, że to możliwe i dam radę tam dotrzeć. Wszystko temu poświęcę. Dzięki Ci, Kryszno. Haribol! 

Program w Bielsku i opieka Guru Maharaja


Szafranowe stronice 44

05.01.1998 Kraków

     Byłem wczoraj na programie z Trivikramem Maharajem w Bielsku. Kasi Miśra, który był kierowcą Guru Maharaja, zlitował się nad moim brahmacarinskim, nudnym życiem i wziął mnie ze sobą.
     Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy samochodem, Kryszna Nama zadał Guru Maharajowi pytanie. Odpowiedział, później było jeszcze jedno, aż w końcu zrobiła się sesja pytań i odpowiedzi. Kiedy przyszła moja kolej, zapytałem skąd moje cierpienie na sankirtanie. Czy stąd, że w głebi serca nie chcę się podporządkować Krysznie? Że zwycięża moja demoniczna natura? Maharaja mnie zaskoczył. Odpowiedział, że każdy z nas ma przypisaną określoną ilość cierpienia. Materialistę to degraduje, ale bhakta potrafi czerpać z cierpienia siłę i robić duchowy postęp. Powiedziałem mu wtedy, że wcale nie czuję, żebym się oczyszczał, ale wręcz przeciwnie – to na sankirtanie najbardziej czuję pożądanie, chciwość, gniew, itd. Maharaja odparł, że jestem na początkowym etapie służby oddania, więc to normalne. Zaczynam po prostu widzieć, że nie jestem takim „nice boy”, jak myślałem, ale siedzi we mnie drań. Od tego punktu zaczyna się postęp. 
     Dodał jednak, że jeżeli sankirtan jest dla mnie za ciężki, to mogę zmienić służbę. Muszę zastanowić się, co chcę robić. Przez chwilę chciałem powiedzieć, że marzę o podróżowaniu z Guru Maharajem jako jego sługa, ale stchórzyłem i odpowiedziałem, że nie wiem. Bałem się, że mógłbym znów coś strzelić nie tak, jak wtedy w Warszawie na Janmastami, kiedy z niewinnego przyznania się do atrakcji do jednej mataji, wyszło, że chcę się żenić. 
     Wtedy Maharaja zaproponował, żebym chodził po Kurdwanowie i w ogóle całym sąsiedztwie i zapraszał ludzi do świątyni. Z jednej strony ucieszyłem się, że dostałem osobiste instrukcje Trivikrama Maharaja, ale zaraz wystraszyłem się odpowiedzialności. Na szczęście Maharaja dodał, że musze jeszcze kogoś znaleźć, żeby było nas dwóch. Myślałem o Arturze, ale później z nim rozmawiałem i okazało się, że woli zostać na sankirtanie. 
     Załapałem się dziś do teatru. Mieliśmy próbę i byłaby nawet niezła zabawa, gdyby nie to, ze zaczęła w pełni manifestować się moja antypatia do D. dasa. Ciężko mi znieść jego arogancję i wszystkowiedzę, przy równoczesnym braku jakiejś wyrozumiałości, empatii. Tolerancja, tolerancja! 
     Po wczorajszej uczcie paskudnie się dziś czuję. Do zapamiętania – nigdy się nie przejadać! Później męczy nie tylko ciało, ale i umysł.

06.01.1998 Kraków

     Dziś rano, przed wykładem miałem fajną rozrywkę z Guru Maharajem. Na tablicy był werset, który dość ciężko było intonować. Najpierw intonował Guru Maharaja, później bramini (wszyscy się mylili), wtedy Maharaja wskazał na Kryszna Nama. Pomyślałem sobie, że też chciałbym spróbować, znałem akurat ten rytm i wiedziałem, że zaintonuję doskonale. Jakby czytając moje myśli, Maharaja uśmiechnął się szelmowsko i wskazał na mnie głową, a potem przymknął oczy i uśmiechał się cały czas, kiedy intonowałem (wyszło mi bezbłędnie). Zdałem sobie wtedy sprawę, że choć czasami wydaje mi się, że Guru Maharaja mnie nie zna, to tak naprawdę jestem dla niego małym dzieckiem, którego serce widzi jak na dłoni. Trochę się zawstydziłem, że widział moją dumę, ale z drugiej strony poczułem radość, że Maharaja znów się mną zajął, bo ostatnio miałem wrażenie, że nie zwraca na mnie uwagi. Wiem, że to głupio brzmi – „nie zajmował się mną”, ale to dla mnie ważne czuć, że guru mnie dostrzega. Zresztą to była w dużej mierze moja wina. Ostatnie miesiące mam serce wypełnione buntem. Dopiero ostatnio próbuję z całych sił to zmienić. Śrila Trivikrama Maharaja ki jay!