Thursday, 13 December 2012

Dzień Oświecenia

Szafranowe stronice 42

14.12.1997 Kraków

     Wczoraj był Dzień Oświecenia. Miałem niezłe realizacje. Do południa osiągnąłem szczyty wypałki, która narastała już od wielu dni. Miałem dosyć. Myślałem, że się rozpłaczę z bezsilności. Wtedy przyszedł Robert i zaproponował, żebyśmy poszli na książki, na bloki. Najpierw myślałem, że go wyśmieję, ale wreszcie mnie namówił. Pełen sceptyzmu, ale i nadziei wyszedłem z nim. Poszliśmy na Kurdwanów. Po przejściu jednej klatki schodowej i wymianie zdań z kilkoma mieszkańcami, weszła mi blokada. Wiedziałem, że nie podejdę do ani jednych drzwi. Moje ego cierpiało takie katusze, że nie mogłem nawet wydobyć z siebie głosu. Wreszcie poddałem się – poszedłem do Alkaufa. Kupiłem mleko w proszku, cukier, jogurt, banany. Siedliśmy na jakimś polu, ukręcili wszystko w starej reklamówce i zarzuciliśmy bradziagę. Humor mi się nie poprawił. Czułem się rozbity. Wróciliśmy do świątyni i w stanie upojenia cukrowego, gadaliśmy o jakichś głupotach i słuchali psychodelicznej muzyki Śri Visnupada.
     Kiedy o wpół do dziewiątej wczołgałem się do śpiwora, to pomodliłem się ostatkiem sił, żeby Kryszna dał mi jeszcze szansę. W tamtym momencie myślałem, że to już koniec mojej świadomości Kryszny.
     Rano wstałem przed czwartą, poszedłem na mangala arati i była kompletna ekstaza. Czułem radość i spokój. Najpierw nie wiedziałem o co chodzi. Dopiero później przypomniałem sobie wykład Auttareyi Prabhu. Powiedział, że umysł tworzy nam jakiś obraz siebie samych, mówi nam kim jesteśmy. Jeśli się temu poddajemy, to cierpimy, no bo jak można czuć szczęście, nie będąc w kontakcie z prawdziwym sobą? Kiedy jednak ktoś, albo coś, jakaś sytuacja, wykopie nas z naszej iluzji siebie, i pokaże naszą prawdziwą pozycję, to jeśli będziemy szczerzy, to poczujemy nektar. Radość z uświadomienia sobie naszej prawdziwej – choćby nie wiadomo jak niskiej – pozycji.
     Myślę, że to właśnie to. Od dłuższego czasu dużo wymagałem od innych, czułem się niedoceniony, niedowartościowany, jak rozpuszczony dzieciak. Coraz bardziej się w tym pogrążałem i stąd cierpienie. Kiedy jednak zdałem sobie sprawę, jak marna jest moja służba oddania, jak znikoma jest moja pozycja na ścieżce bhakti, to poczułem nektar. Nagle okazało się, że dookoła jest mnóstwo wielbicieli bardziej zaawansowanych ode mnie, a stąd już prosta droga do poczucia bezpieczeństwa, wiary w postęp duchowy, nadziei na przyszłość. Wszystko pod kontrolą. Czyją? Kryszny i wielbicieli. Nie ma się więc co spinać. Ja nie jestem za wzniosły, ale nie ma się co martwić, ponieważ są Vaisnavowie, guru maharaja, Kryszna. Od nich płyną lekcje, pomoc, nadzieja.
     Trochę się martwię. Wiem, że to zrozumienie, choć dziś tak silne i jasne jak słońce, nie zostanie ze mną na długo. Taka jest natura duchowych doświadczeń na moim etapie – są - za to jestem wdzięczny, ale brak im trwałości. Fajnie byłoby zawsze widzieć swoją pozycję. Dzięki temu zawsze mógłbym robić postęp duchowy. No ale to jest proces, ma swoje etapy i trzeba się im poddać, zaufać.

Pomocna dłoń Gadotkaczy

Szafranowe stronice 41

12.12.1997 Kraków

     Niby mieszkam w świątyni, ale wygląda na to, że walka się nie skończyła. Mam na myśli walkę z samym sobą. W ogóle dziś nie czuję się za dobrze. Boli mnie głowa, niedobrze mi. Na dole bhaktowie gadają o jakichś głupotach i głośno się śmieją. Od tego boli mnie łeb jeszcze bardziej. Co za stara zrzęda ze mnie.
     Czasami tracę wiarę w towarzystwo bhaktów. Na sankirtanie masakra – zmagania na ulicy, niepewność jutra, chaos. W świątyni z kolei jakieś polityki. Ananta Bhakti został komandorem, a Bartek „awansował” na jego prawą rękę, obydwoje chodzą, obserwują, pouczają, zachowują się jak obozowi kapo. Masakra jakaś. Czasami mam już naprawdę dosyć. No ale jaka jest alternatywa? Nie chcę wracać do świata na zewnątrz. Oprócz Gadotkaczy, nie ma w świątyni nikogo, z kim mógłbym pogadać.
     Gadotkacza jest fajnym bhaktą. Bardzo mi pomaga. Często rozmawiamy o Krysznie, albo o problemach w życiu duchowym. Nie robi jakichś specjalnych zabiegów, żeby mi pomóc, ale przez swoją radość, spokój i ciągłe mówienie o Krysznie, daje mi podporę.
     Na przykład wczoraj. Miałem standardowego dołka. Siedziałem na  schodach przed kuchnią. Przysiadł się i powiedział, że właśnie czyta w Gicie rozdział „Bogactwa Absolutu”. Rano był kompletnie pogrążony w mayi, ale po kilkunastu minutach lektury poczuł, jak jego pociąg do Kryszny rozkwitł. Wystarczył moment czytania Prabhupada.
     Faktycznie. Czasami zapominamy po co tu jesteśmy. A przecież na początku to było zupełnie jasne – pokochać Krysznę. Gadotkacza powiedział, że aby tego dokonać, musimy o Nim myśleć, słuchać, intonować. Miłość nie pojawi się z powietrza. Kiedy widzimy jaki jest Kryszna, to zaczynamy się do Niego przywiązywać. Gdy czytamy: „Jestem zwycięstwem, przygodą, siłą mocnych”, itd. Czytając, jak Kryszna opisuje Swoje chwały, nasze uczucie zaczyna rosnąć. Widzimy, że warto Go kochać. Bo jest najukochańszą osobą na świecie.
     Guru Maharaja powiedział, że prawdziwa miłość jest wtedy, gdy myślimy, że ta druga osoba jest o wiele bardziej warta miłości, niż my sami.
     Gdy tak miotam się w tym chaosie (wewnętrznym i zewnętrznym), politykowaniu, krytykowaniu, to marzy mi się jakieś schronienie. Tym schronieniem jest Kryszna. Z kim mogę mieć prawdziwszy związek, jeśli nie z Nim? Oczywiście z guru maharajem, to fakt. Ale z drugiej strony, to mam wrażenie, że z guru nie można mieć tak bliskich relacji, jak z Kryszną. Przynajmniej nie wyobrażam sobie tego. No bo przecież potrafię zobaczyć siebie z Kryszną, jak wygłupiamy się gdzieś na Goloce, dzielimy jedzenie, bijemy się. Ale nie wyobrażam sobie tego z guru maharajem. Nie rozumiem tego za bardzo.

Wypałki sankirtanowe

Szafranowe stronice 40

30.11.1997 Lubliniec

     Drugi dzień maratonu grudniowego. Zapowiada się niezłe czyszczenie. Jestem w grupie z Viśvarupą, Bartkiem i Arturem. Viśvarupa jest dla mnie ciężki, Bartek jak zwykle –konfliktowy, a z Arturem nie mogę nawiązać porozumienia. A ja? Co nie tak ze mną? Swoje problemy najtrudniej zobaczyć.
     W ogóle wyjazd zaczął się od katastrofy. Najpierw byliśmy w Katowicach. Spedziliśmy tam noc. No i rano zapomnieliśmy spakować kuchni – garnków, łyżek, noży, prowiantu. Zajarzyliśmy dopiero po dojechaniu do Lublińca. Viśvarupa sczyścił nas na maksa. Nie wiem, jak będziemy gotować. Póki co na śniadanie zjedliśmy starego chleba, który zawieruszył się jeszcze z poprzedniego wyjazdu.
     Jest koszmarnie, ale próbuję w tym widzieć rękę Kryszny. Skoro czuję się tak zupełnie sam, to będę musiał polegać tylko na Nim. Nie ma innego wyjścia. I w tej właśnie myśli znajduję pociechę i jakąś cichą radość. Tylko Kryszna może być prawdziwym przyjacielem.

06.12.1997 Kraków

     Nie pojechałem dziś z Viśvarupą. Pokłóciliśmy się wczoraj. Dziś rano powiedziałem mu, że zostaję w świątyni, nie kończę maratonu. Już od dłuższego czasu zgrzytało między nami. Wczoraj dwa razy ostro mnie ochrzanił, praktycznie za nic. Wygląda to tak, jakby za wszystkie niepowodzenia z ostatniego tygodnia obwiniał mnie. Nawet te garnki zostawione w Katowicach. Powiedział nawet, że biję bhaktów! A przecież sytuacja była odwrotna – Bartek mnie walnął, a kiedy następnego dnia chciał powtórzyć, to powiedziałem mu, że mu oddam i stąd wyszło, że „biję bhaktów”. Cholera. Wkurzyłem się. No i przykro. Viśvarupa jest starszym wielbicielem, oczekiwałbym od niego jakiejś bezstronności. Dobiło mnie to.
     Ale konflikt z Viśvarupą nie jest jedynym powodem, dla którego zostałem. Mam po prostu dosyć sankirtanu. Chcę brać udział w porannych programach, służyć Krysznie na spokojnie, mieć co jeść, gdzie spać, jakąś małą szafeczkę na ubrania i książki. A tu ciągle, że „sankirtan jest najważniejszą służbą”, „najszybszą drogą postępu”, „tylko tak można naprawdę zadowolić Krysznę”. Mam to gdzieś. Niech się wszyscy odwalą.

Monday, 10 December 2012

Kryszna, Mel Gibson i fruwający abhisek

Szafranowe stronice 39

25.11.1997 Kraków

     Czuję, że coś się zmienia w moim życiu duchowym. Na lepsze. Czuję coraz większą łaskę. Moje modlitwy o wiarę w Kryszne spełniają się. Wierzę, że to dzięki moim prośbom skierowanym do naszych Nitai Gaura Nataraja.
     Pamiętam, że kiedyś, jeszcze w starej świątyni prosiłem Bóstwa, żebym mógł widzieć Je jako osoby, a nie posążki, żebym mógł mieć wiarę w Ich moc. Widzę,teraz, że ta modlitwa się spełnia. Patrze na Bóstwa i nie muszę robić mentalnego wysiłku, żeby widzieć tam Pana Czejtanię i Nityanandę. Czuję ich obecność. Podobnie jest z wiarą w guru maharaja (choć miałem ostatnio ciężkie chwile), w Krysznę. Mam wrażenie, że jestem ciągle chroniony, poprawiany (kiedy zrobię, czy powiem coś głupiego). W momentach największej frustracji, pojawiają się wskazówki, pomocna dłoń, wydarzenie, które wszystko zmienia. To taki dziwne. Po prostu wiem głęboko w sercu, że Kryszna jest przy mnie i osobiście mnie chroni. Tak ważne jest towarzystwo bhaktów. Czy doszedłbym do takich uczuć, gdybym był sam?
     Kilka dni temu odwiedziłem dom. Obejrzałem „Waleczne serce”. Niby maya, ale czułem, że wniósł coś do mojego życia. Bohaterem filmu jest szkocki góral, walczący z Anglikami o wyzwolenie swojej ojczyzny. Bardzo podobała mi się rola Mela Gibsona. Ale nie o to chodzi. Po filmie pomyślałem o Krysznie. Widzę, że mam tendencję, aby patrzeć na Boga, jak na groźnego, odległego władcę i to mi przeszkadza. Jednak po tym filmie spróbowałem wyobrazić sobie Boga, jako taką osobę, jak Mel Gibson w „Walecznym sercu”. Nie jako władcę, ale jako przyjaciela, kogoś kogo się kocha z całego serca, komu się służy nie ze strachu, ale z miłości, przyjaźni. Tak jak ten Wallace. Można go było pokochać, jako wodza, czy przyjaciela, ale nie było w tym czołobitności, czci.
     Wprawdzie to tylko film, ale pomyślałem sobie o ile wspanialszy musi być Kryszna. O ile bardziej godny miłości i przyjaźni. Fajnie byłoby Go pokochać.
     Ostatniej nocy miałem dziwny, ale miły sen. Śniło mi się, że leżałem w łóżku i nagle stałem się lekki jak piórko. Uniosłem się ponad łóżko i zacząłem fruwać po domu. Wreszcie wleciałem do pokoju świątynnego. Na ołtarzu nie było Bóstw. Atmosfera była bardzo odświętna, czułem w powietrzu coś ciepłego, miłego, jak przed Wigilią. Odwróciłem się, szukając wzrokiem Bóstw. I ujrzałem je – stały za mną na małym stoliku. Miały na sobie tylko gamsze, obok nich leżały parafernalia do abhiseku. Podfrunąłem do Nich, nalałem wody do małej konchy i zacząłem Je kapać. Koncha była bardzo mała, więc najpierw oszczędzałem wodę, bojąc se, że braknie, ale zdałem sobie sprawę, że woda się nie kończy. Wręcz przeciwnie – wypływa z konchy wartkim strumieniem, jak z górskiego źródełka. Przestałem więc oszczędzać. Śmiejąc się ze szczęścia polewałem Bóstwa tą mistyczną wodą. Ciężko opisać, jak sę czułem. Bosko.
     Rano przypomniałem sobie moją myśl z poprzedniego dnia. Modliłem się przed Bóstwami. Pomyślałem sobie, że gdyby Kryszna chciał, to mógłby pojawić się przede mną i jakie byłoby to wspaniałe. Ale wtedy zreflektowałem się, że mój zanieczyszczony umysł nie doceniłby tej łaski, skoro przyszła tak łatwo. Przyszło mi jednak do głowy, że przecież Kryszna objawia się cały czas – czy Bóstwo nie jest samym Kryszną? Można na Niego patrzeć, śpiewać, a nawet kąpać. Uderzyła mnie myśl, że przecież my cały czas dostępujemy łaski oglądania formy Kryszny. I faktycznie – nie doceniamy tego.
     Później z Kryszna-namem, Śaśabindu i Arturem zrobiliśmy kirtan dla Bóstwa i tańczyliśmy jak małe dzieci.
     Myślę, że to może stąd ten sen. Jakby Bóstwa potwierdziły moje myśli.

Festiwal z Navinaniradą

 
Szafranowe stronice 38

14.11.1997 Warszawa

     Jesteśmy w Warszawie w świątyni. Dziś pierwszy raz spotkałem słynnego Navinaniradę Prabhu. Ale inspiracja. Emanowało od niego coś takiego… W kirtanie na przykład. Kiedy intonował i tańczył, to miało się wrażenie, że to jakiś wesoły półbóg tańczy z nami. Patrząc na niego, widziałem własne perspektywy. Wiadać było, jak działa ten duchowy proces, jak uwalnia go od brudów, zostawiając coraz czystszą, radosną duszę.
     Wykład też był porywający. Navinanirada mówił z błyskiem w oczach, że jesteśmy rewolucjonistami i zawsze powinniśmy nimi być. Powiedział, że jeżeli uczynimy rozprzestrzenianie tej misji, misją naszego życia, to niemożliwe stanie się możliwym. Zainspirował mnie. Zawsze chciałem być rewolucjonistą, rebeliantem. Teraz mam okazję zrobienia tego w duchowy sposób.
     Navinanirada robi sankirtan od dwunastu lat. Przyłączył się, kiedy miał szesnaście. Widać, że jest rewolucjonistą, czuć to śakti. Chciałbym taki być. Mieć miłość i oddanie dla guru maharaja, misji, Pana Czejtanii, Vaisnavów.
     Nasze problemy kończą się tam, gdzie zaczynają się problemy innych. Szczęście pojawia się tam, gdzie rezygnujemy ze swojego egoizmu i zaczynamy pomagac innym. To jest esencja sankirtanu.
     Dziś na kirtanie byo mi trochę wstyd, gdy patrzyłem, jak Navinanirada tańczył pełen blasku, a ja z boku próbowałem nieporadnie podskakiwać, uchwycony własnym ego i umysłem. Ale byłoby fajnie być już wolnym od tego i walczyć dla guru i Kryszny. Haribol!

15.11.1997 Warszawa

     Dzisiejszy festiwal był wspaniały. Rano brałem udział w służeniu prasadam. Później były dwie godziny z Navinaniradą Prabhu, później znów nakładałem ucztę, po czym znów dwie godziny z Navinaniradą. Praktycznie fruwam pod sufitem. Kiedy dziś opowiadał o sankirtanie, to aż się chciało wybiec na ulice z książkami. W jego ustach brzmi to tak prosto i radośnie, że za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć, co mnie wypaliło. Ogień, zapał, żarty, wzruszenia, łzy – tak wyglądają jego wykłady. Mógłbym siedzieć przy nim całymi dniami, i ładować się jego śakti. Czy kiedykolwiek taki będę? Albo chociaż, żebym mógł mieć stałe towarzystwo takiej osoby. To pomogłoby mi wznieść się na platformę służby oddania.
     Gdy to pisałem, Śaśabindu przyniósł mi kubek maha po Navinaniradzie, żebym rozdał bhaktom. Sam też przyjąłem.
     Później, o siódmej był niesamowity kirtan. Mental przeszedł mi całkowicie i skakałem pod sufit, jak sprężyna. Jakbym był rybą w szafranowym morzu. Czad. Znów silnie poczułem, jak dobrze być z wielbicielami. Jeszcze półtora roku temu moje życie było nijakie, głupie, brudne, a teraz? Tańczę z Vaisnavami, wielbię Krysznę, rozprowadzam prasadam, a czasami książki, spotykam świete osoby. To zadziwiające. Czasami aż nie mogę uwierzyć w swoją dobrą fortunę. Wiem, że teraz jestem doładowany festiwalem i Navinaniradą, ale wierzę, że przyjdzie taki dzień, że sam z siebie, bez przerwy będę w ekstazie służył bhaktom, guru i tej misji. Haribol!

Czyszczenie sankirtanowe

Szafranowe stronice 37

10.11.1997 Kraków

     Mieliśmy dziś wyjechać na sankirtan wędrowny – Śyamasundar, Śaśabindu i ja, ale Śaśabindu był zmęczony. W końcu stanęło na tym, że Śaśabindu zostanie, a my ze Śyamasundarem pojedziemy na parę godzin.
     Rano niezłe czyszczenie. Śyamasundar kazał mi pobrać orzeszki od Subala i gdzieś pojechał. Okazało się jednak, że najpierw trzeba było je pobrać z magazynu poza świątynią. Kiedy wrócił i mu to powiedziałem, wydarł się na mnie. Nie wytrzymałem. Wygarnąłem mu, że niesłusznie mnie czyści, to nie moja wina z tymi orzeszkami, ale jego. Powiedziałem, że traktuje mnie jak tępaka, a poza tym słyszałem kiedyś, jak powiedział o młodych bhaktach, że są otępiali, i żeby się lepiej sam otrząsnął. Prawie krzyczałem.
     Wtedy Śyamasundar powiedział mi, że mój umysł nie wytrzymał i wypłynęły na wierzch wszystkie obrazy, jakie chowałem w umyśle. Powiedział, że nie czyści mnie dla własnej przyjemności, ale chciał mi pokazać, że powinienem uczyć się odpowiedzialności. Na przykład jeśli chodzi o te orzeszki, to powinienem spróbować załatwić samochód i kierowcę, i pojechać do magazynu, zamiast czekać na niego.
     Poczułem się jak idiota. Zobaczyłem, że Śyamasundar ma rację. Przecież nic nie stało na przeszkodzie, żebym sam to załatwił. Zamiast tego wolałem być bierny i czekać, aż ktoś coś zrobi. Umysł oszukał mnie kolejny raz.
     Niezła lekcja. Nieraz wydaje mi się, że widzę, kiedy umysł nadaje i choć czasami nie potrafię go kontrolować, to jednak wszystko widzę. Okazuje się, że wielu rzeczy wcale nie widać. 
     Śyamasundar powiedział jeszcze, że jeżeli będę miał mentalność, że wszystko wiem, to nigdy nie znajdę szczęścia, ale jeśli nastawię się, że każdy dzień jest nauką, to będę odczuwał satysfakcję z kolejnych lekcji.
     W końcu pojechaliśmy na ten sankirtan. Śyamasundar z książkami, ja z orzeszkami. Było fajnie, spokojnie. Wszyscy brali, sprzedałem ponad sto paczek.
     Teraz już wieczór, w świątyni. Miałem lekkie spięcie z Robertem i męczy mnie to trochę. Zbliżyliśmy się do siebie ostatnio, nie chciałbym tego skwasić.
     Wczoraj z Arturem, Camasą i Dvaraką ukradliśmy Anancie maha-prasadam i spałaszowaliśmy je przed ucztą. Po uczcie Ananta zaczął szukać sprawców. Powiedział, że to musiały być jakieś świnie. Strasznie głupio mi się zrobiło. Poszliśmy z Arturem do niego i przyznaliśmy się ze skruchą. Trochę rozluźniło to atmosferę. Dziś załatwiłem mangala sweets i dałem je Anancie. Od razu w sercu pojawił się nektar. Kilka minut duchowego szczęścia. Szczęście jest w dawaniu. Haribol!

12.11.1997 Nie Wiem Gdzie

     Wczoraj wreszcie wyjechaliśmy na wędrowny sankirtan. Nie jest łatwo. Mimo tego, że ostatnio wyjaśniliśmy sobie różne rzeczy ze Śyamasundarem, to ciężko mi go tolerować. Najbardziej tego, jak się rządzi.
     Chciałbym, żeby atmosfera była czysta, żebyśmy wszyscy służyli Krysznie w ekstazie, ale nie daję rady. Co za maya. Mam nadzieję, że Kryszna to jakoś rozwiąże, bo ja nic nie poradzę.

później

     Ale kanał. Siedzę w vanie. Takiego doła dawno nie miałem (ha, ha, czy nie jest tak przy każdym dole?). Przez trzy godziny rozprowadziłem jakieś dwadzieścia paczek orzeszków i mam już dosyć. Na dziś koniec, nie dam rady wyjść na ulicę. Na samą myśl chce mi się rzygać.
     Nie chodzi nawet o ulicę. Boję się, że Kryszna odrzuci mnie z powodu mojego nieudacznictwa. Przecież mógłbym rozprowadzać, tylko nie mogę (?) się przełamać. Jestem rozerwany od środka. Rozżalony.
     Najbardziej tym, że przecież robię wysiłek, chcę i próbuję być bhaktą, a nie wychodzi. Ciągle pozostaję małym, dumnym gnojkiem. Nie ma szczęścia, cholera. Kiedy siedziałem trzy tygodnie w świątyni, miałem dosyć, chciałem wyjechać na sankirtan. No a teraz jest jeszcze gorzej. To gdzie mam to swoje miejsce w świadomości Kryszny?
     Sankirtan byłby piękny, gdybym znalazł tu przyjaźń, przygodę, walkę, ale jak na razie jest tylko brodzenie w smole i czasami kropla satysfakcji, kiedy uda się zdobyć jakiś rezultat. I to wszystko. Co za frustracja. Jestem po uszy pogrążony w swoich uwarunkowaniach i wygląda na to, że nic nie mogę z tym zrobić.
     Gdy wspominam moje dawne życie – mięso, alkohol, klej, seks, wykorzystywanie innych, to wiem, że nie chcę do tego wracać, nie ma takiej szansy, ale z drugiej strony wygląda na to, że nie dam rady się wznieść duchowo. Co więc mam zrobić? Kiedykolwiek udaje mi się (albo myślę, że mi się udaje) zrobić jakikolwiek postęp, to od razu spadam z powrotem na swój poziom.
     Mógłbym teraz wyjść na ulice i wbrew sobie zacząć podchodzić do ludzi, ale mam taki wstręt na samą myśl, że nie dam rady.
     Chcę być bhaktą, ale potrzebuję pomocy, samemu nie umiem.
     Kryszno, podobno pomagasz wielbicielom. Może i nie jestem prawdziwym wielbicielem, ale zrób coś takiego w moim sercu, żebym mógł być Twoim sługą.

później

     Właśnie Śaśabindu wpadł po książki i powiedział z uśmiechem, że to wspaniale być użytecznym w tej misji i z powrotem wyskoczył w ekstazie na ulicę.
     Rozpłakałem się. Też bym chciał być choć trochę użyteczny.

Przeprowadzka z Podedworza na Wyżynną cz.2

 Szafranowe stronice 36

30.10.1997 Kraków

     Przeprowadzka trwa już ponad tydzień. Nie pisałem, bo szczerze mówiąc nie miałem ani czasu, ani energii. Ostatnie kilka dni jestem już na granicy wypalenia. Wieczorem wracamy ze służby i jestem tak zmęczony, że nie daję rady nawet czytać. Padam w śpiwór i zasypiam jak kamień. Od pięciu dni nie miałem w ręce książki Śrila Prabhupada. Do tego wszystkiego pracowałem pod Vanamalim Prabhu, a on potrafi dać w kość. Wczoraj myślałem, że już po mnie. Nie mogłem mantrować, a później tak jakoś się stało, że wszyscy mnie czyścili i docinali. Viśvarupa, Ananta, Waldi, Vanamali – wszyscy coś do mnie mieli. Myślałem, że się popłaczę.
     Wróciliśmy późno, bo około siódmej wieczorem. Wypiłem gorące mleko, zjadłem purisa i po przeczytaniu jakichś dwóch zdań głowa opadła mi na poduszkę. Przyśnił mi się guru maharaja. Siedzieliśmy w jakiejś dużej Sali. Trivikrama Maharaja siedział przede mną, tak że widziałem tylko tył jego głowy. W tym śnie byłem tak samo wypalony, jak na jawie. Guru maharaja poczuł to ode mnie. Odwrócił się i uśmiechnął się w taki sposób – trochę nabijający się, ale tak pozytywnie, ojcowsko, przyjacielsko. Później spoważniał i wysłał mi spojrzenie podtrzymujące na duchu, jakby mnie pocieszał i mówił, żebym wytrzymał. Obudziłem się.
     Poranek po tym śnie nie był jakiś spektakularny, ciągle czułem się wypalony, ale później, przy rozdziale służby coś się zmieniło. Miałem znowu być pod Vanamalim, ale okazało się, że Waldi nie jedzie z grupą Viśvarupy, bo musi pomagać Anancie przy gotowaniu. W zastępstwie pojechałem ja. Z Viśvarupą jest spokojnie. Wreszcie trochę wyczytałem, miałem czas na posłuchanie wykładu guru maharaja i już czuję się dobrze.
     Słyszałem kiedyś, że jeśli śni się guru, to jest to jego łaska. Jestem więc wdzięczny. Pomógł mi ten sen odnaleźć się, nabrać sił.
     Czasami mam wrażenie, że nie czuję nic do guru maharaja, a czasami to nawet, wbrew własnej woli krytykuję go w myślach, ale czasami, jak teraz, to czuję właśnie wdzięczność i przywiązanie. Zawsze rano modlę się do Nitai Gaura Nataraja o miłość i oddanie dla guru maharaja.

03.11.1997 Kraków

     Narzekania ciąg dalszy. Ten dziennik jest litanią skarg i mentali. Mam dosyć. Ostatnie dwa dni spędzone na cmentarzu (Wszystkich Świętych). Od rana do wieczora sprzedając orzechy i kadzidełka, walcząc ze strażnikami miejskimi, którzy co chwila nas wyrzucali. Dziś myślałem, że odpocznę, ale Vanamali Prabhu zwinął mnie i garstkę brahmacarinów, żeby dkończyć przeprowadzkę. Trwało to może z pięć godzin. Paskudnie sę czułem. Nic mi się nie chciało. Nie chodzi tylko o doła, ale po prostu nie wyrabiam już fizycznie. Przecież to już tyle dni ciężkiej harówki od rana do wieczora.
     Później był kirtan, okrążanie wzgórza Govardhana. Dół przeszedł na chwilę. Kirtany w tym nowym miejscu są wspaniałe. A później wszystko wróciło.
     Myślę, że Viśvarupa coś do mnie ma. Z jednej strony to głupie myśleć w ten sposób o starszym, zaawansowanym wielbicielu, wiem. Ale widzę, jak zachowuje się w stosunku do mnie. Naśmiewa się, docina, a kilka razy zauważyłem, że patrzy na mnie z niechęcią. Głupio się z tym czuję, niezręcznie, nie wiem za bardzo, co mogę zrobić. Jestem na takim etapie, na jakim jestem, nie zmienię tego na siłę.
     Nie chodzi zresztą tylko o Viśvarupę. Ostatnio coś ciężko mi z bhaktami. Z mojej strony lubię ich, cenię, ale mam wrażenie, że są dla mnie ciężcy. Czasami było wspaniale, wymiany, harmonia, a czasami jest właśnie tak, jak teraz – jakaś niechęć, niedopowiedzenia, urazy. Może to test od Kryszny? Czego mam się nauczyć?
     To był ciężki okres z tą przeprowadzką. Może pojadę do domu? Odpocznę, poczytam, pomantruję na spokojnie i zainspiruję się do towarzystwa bhaktów.