Saturday, 16 July 2011

Ze Swamim 2011 - 5 (zdjęcia)

Zdjęcia w większości autorstwa Premarnavy i Nityangi. Wrzucałem je w dosyć dowolnej kolejności, choć jakaś chronologia jest zachowana (z grubsza)



Wygłupy z Premą i Nityangi, przed świątynią, czekając na prasadam.


Mała świątynka Gaura Nitay w pokoju Nityangi.



Ognisko. Wszyscy się drapali, muchy nie dawały żyć:)


Caitanya Rupini


Nityangi


Rama Govinda z Pauliną


Mayapurcandra i Paweł umilają nam czas.


Nie mam pojęcia, gdzie my tu idziemy i co się stało Nityangi:)




Pierwsze polskie wydanie Śikszasztaki. Swami był bardzo zadowolony.


Mayapurcandra


Groupies:)










Nitay przed domkiem Swamiego


Nava Yauvanam


Po lewej Mitra Hari, nasz kucharz, bardzo sympatyczny brahmacarin ze świątyni, w środku Guru Vakya, po prawej Tamal Candra


Hari Priya i Line, po ucieczce z kirtanu (Abhay Śridhar Maharaja kazał wszystkim po kolei śpiewać:)



Któregoś dnia po wieczornym wykładzie bhaktowie poszli ze Swamim na dlugi spacer. A my z Saragrahi nic nie wiedzieliśmy i poszliśmy spać! :(


Na wykładzie


Nitaisundar smakuje nektar;)


Gaura Śakti


Saragrahi


Sanatana Goswami


Tamal Candra


Krsna Kirtan dostał właśnie girlandę od Swamiego


Guru Vakya


Tamal Candra


Hari Lila


Nityangi ubiera bóstwa przed ofiarą ogniową.


Ofiara


Hari Priya


Od lewej: Guru Vakya, Hari Lila, Lila Śakti, Nityangi i kawałek wielbiciela, którego imienia nie znam.


Bhrigu (z nićmi!:P )


Lila Śakti


Saragrahi z Nityangi zaraz po ofierze


Kalpataru i Premarnava


Lila Śakti, Anadi Krsna i Nityangi w kirtanie po ofierze


Abhay Śridhar Maharaja prowadzi kirtan po ofierze.

Ze Swamim 2011 - 4



Nowe imiona i pożegnanie

12.07.2011, Czarnów

Spokojny poranek. Brzęczą pszczoły, śpiewają wróble i sikorki, zapach lipy i mokrej trawy rozgrzanej mocnym, porannym słońcem. Dziś ma być upalnie. Mam nadzieje, że pogoda utrzyma się choć do jutra, na inicjację i ofiarę ogniową Bhrigu.

Odsuwam myśl o końcu festiwalu. Jeszcze tylko dziś i jutro, a później trzeba będzie wrócić do „normalnego” życia, długów, szukania pracy, samotnego zmagania się ze światem. Cholera, ale mi się nie chce.

Ostatnie kilka dni bardzo silnie zrozumiałem, co znaczy sadhu-sanga i to nie w jakiś suchy sposób, ale głębszy, przyjacielski, wiążący szacunek z sympatią. Problemy, które wcześniej wydawały się oceanem, w ciągu kilku dni zmniejszyły się do rozmiaru kałuży. Będzie mi tego brakować. Dobrze, że Swami dał nam jakiś praktyczny cel – przyjechanie do niego.

Aha – okazało się, że dostanę jutro harinama i diksa. Tulasi też. To więcej niż oczekiwaliśmy. Dowiedziałem się, że Swami przestał dawać nici bramińskie. Ukłuło mnie to trochę. Nie ze względu na prestiż, ale zabolało mnie, że będę czuł się zostawiony w tyle za innymi braćmi duchowymi. Bhrigu zaproponował, że pójdziemy razem do Swamiego i porozmawiamy o tej sprawie. Dodał ze śmiechem, żebym się nie martwił, on to załatwi. Zobaczymy. Póki co rozwinęła się na ten temat ożywiona dyskusja przy prasadam, z udziałem Abhaya Śridhara Maharaja, Bhrigu i Sanatany Goswamiego.

* * *
Wieczór. Położyłem się wcześniej niż zwykle. Jeszcze jest jasno, ale zaczyna mi się już dawać we znaki intensywność ostatnich dni, natłok wrażeń, cztery godziny wykładów dziennie, itd. Myślałem, że posiedzimy dzisiaj przy pizzy, ale część bhaktów została zaproszona na ognisko przy domku Swamiego, a część nie (znalazłem się w tej niezaproszonej grupie), Nityangi z Premą poszli już spać, Rama Govinda wyjechał, zrobiło się pusto.

Przed popołudniowym wykładem poszliśmy z Bhrigu do Swamiego. Po drodze dołączył do nas Śyam Gopal. Bhrigu spytał o kwestię nici bramińskich. Swami odpowiedział, że noszenie nici przez Vaisnavów zostało wprowadzone przez Bhaktisiddhantę Maharaja w określonym kontekście historycznym i społecznym (w ramach podniesienia prestiżu Gaudiya Vaisnavizmu). Obecnie na Zachodzie nić nic nie znaczy. Po drugie, jak odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kobiety nie mogą nosić nici? Maharaja powiedział, że on nie ma odpowiedzi, dlatego skłania się ku zaprzestaniu dawania nici. Jeden wielbiciel już dostał taka „bezniciową” inicjację. Premernava i ja będziemy następni.

Później zrobiliśmy zdjęcie grupowe. Słońce świeciło prosto w twarz, wszyscy będziemy mieć na fotografii zmrużone oczy, oprócz Swamiego, który ubrał okulary przeciwsłoneczne i wyglądał jak Ojciec Chrzestny.



Nie zdążyłem podać Swamiemu innego argumentu na temat nici – co z prestiżem naszej misji jako części większej całości świata Gaudiya Vaisnavizmu? Czy przez taką zmianę nie stracimy na wiarygodności? Powiedziałem o tym Bhrigu. Odparł, że sam o tym pomyślał i później spyta Swamiego, co on na to.

Dobrze tak przysypiać, gdy za drzwiami Mayapur i Paweł grają na ukulele i śpiewają Hare Kryszna.

A jutro wielki dzień. Zostaję na nowo przyjęty do rodziny Gaudiya Vaisnava.

13.07.2011, Czarnów

Cały dzień nie dałem rady chwycić za długopis, nie było po prostu czasu. Już późny wieczór, cisza, słychać tylko świerszcze i skrzypienie podłogi nad głową, gdzie mieszka Premarnava z Nityangi. Brzmi cichy dzwoneczek, pewnie kładą bóstwa spać.

Saragrahi (najpierw napisałem Tulasi, ale skreśliłem) intonuje spóźnione mantry diksa, a ja spróbuję podsumować jakoś dzisiejszy dzień, przynajmniej w paru zdaniach, bo jutro wstajemy na czwartą, żeby pożegnać Swamiego.

Rano obudziliśmy się przed szóstą. Dostaliśmy misję uzbierania polnych kwiatów na girlandy dla Swamiego i Bhrigu, oraz na ofiarę ogniową. Razem z Premarnavą, Nityangi i Saragrahi ruszyłem w stronę domku Finów, zrywając co ładniejsze, pełniejsze kwiaty. Kiedy uzbieraliśmy trzy reklamówki, stwierdziliśmy, że starczy. Prema i Nityangi wrócili do kwatery przygotować się do inicjacji, a my z Saragrahi zanieśliśmy kwiaty Krsangi, Tadiyi i Hari Priyi.

Saragrahi wróciła do domu przygotować strój na inicjację, a ja zostałem na programie porannym. Chciałem wiedzieć, jakie pieśni śpiewają rano uczniowie Swamiego, poza tym chciałem spędzić trochę więcej czasu ze wszystkimi, nie wiadomo, kiedy znowu się zejdziemy w jednym miejscu.

Później prysznic, dwanaście tilaków, dhoti, czadar, jak za dawnych czasów i razem z Saragrahi (wtedy jeszcze Tulasi) pospieszyliśmy do świątyni Pana Śivy.



Wrażenia? Na pewno byliśmy poddenerwowani, przejęci, ale i szczęśliwi. Od paru lat myśleliśmy nieraz o tym momencie. Pamiętam długie wycieczki rowerowe po górach, kiedy słuchając wykładów Guru Maharaja, zastanawiałem się, kiedy w końcu go spotkam (kiedy zbiorę się na odwagę). No i ostatecznie stało się – maszerowałem górską ścieżką prosto do świątyni, gdzie Swami czekał na mnie z koralami, nowym imieniem i diksa mantrą.

Jak zwykle zjawił się koło dziesiątej. Zaczął od bhajanu. Tym razem na mrdandze zagrał Sanatana Goswami. Chłopak zainspirowany Swamim, tak, jak to tylko możliwe.



Po bhajanie i wykładzie o znaczeniu inicjacji, oraz po wyjaśnieniu dziesięciu obraz wobec świętego imienia, Swami zawołał pierwszego kandydata. Trochę mi było głupio, bo zerwałem się pierwszy, myśląc, że chodzi o to, żeby wszyscy kandydaci do inicjacji podeszli bliżej. Swami kiwnął ręką, żebym się zbliżył. Kucnąłem przy nim czując się jak mały chłopiec, a nie trzydziestopięcioletni facet. Wyjaśnił wszystkim sytuację z moją poprzednią inicjacją. Kiedy spytał o ilość rund, jaką będę mantrował, w ostatniej sekundzie zwiększyłem ją o dwie rundy. Następnie zawiązał mi tulasi na szyi, zaintonował maha-mantrę do ucha, przekazał korale, woreczek i licznik, po czym ogłosił:
- Twoje nowe imię to Kalpataru das!
Kiedy zaraz po mnie podeszła Saragrahi, to byłem tak oszołomiony, że nic nie usłyszałem, oprócz jej imienia – Saragrahi dasi. Imiona dostali jeszcze Hari Lila, Guru Vakya i Tamal Candra.



Ciężko jest mi opisać wrażenia z tamtej chwili, zresztą były dosyć prywatne, ale wiem już, że te zapiski trafią w sieć. Na pewno silne poczucie końca czegoś starego, zastałego, zużytego i początku nowego. Oprócz tego, kiedy po raz pierwszy usłyszałem „Kalpataru”, zamarło we mnie serce, bo pomyślałem, że dostałem damskie imię – znam już jedną Kalpataru. Po chwili jednak wrażenie zniknęło i już mi się podobało. Śmiałem się później, kiedy uświadomiłem sobie, jak silne potrafi być materialne utożsamienie.

Nie zdążyłem jeszcze dobrze się pozbierać, kiedy Bhrigu ogłosił, że wszyscy mają się udać do domku Finów, gdzie przeprowadzi ofiarę ogniową. W całym tym zamieszaniu, szukaniu samochodów i bieganiu, urwaliśmy się z Saragrahi i poszliśmy piechotą.



Kiedy dotarliśmy na miejsce, większość wielbicieli czekała już przy ofiarnej arence. Bhrigu wskazał nam miejsce u stóp Gaura Nitay (Prema i Nityangi użyczyli swoich bóstw do jajgni).

Byłem już na kilku ofiarach ogniowych, ale zwykle były to bardzo sztywne, nudne wydarzenia, w czasie których czułem się trochę jak w kościele. Bhrigu miał zupełnie inny styl. Z mieszaniną uroczystości i humoru wyjaśnił znaczenie ofiary. Nie będę nawet próbował wszystkiego przekazać. Najbardziej zapamiętałem, że ofiara stwarza w osobie samskarę, która odbije się na duszy i będzie przenoszona z życia na życie.

W trakcie ofiary ogień rozhulał się tak mocno, że o mały włos nie zapaliły się stroje bóstw (przed czym ostrzegałem na samym początku, ha!). Na szczęście doskoczył Kamalaksa i odsunął pieniek, na którym stały. W samą porę, bo girlandy zaczynały już dymić.



Po ofierze i kirtanie podszedłem do Gaura Śaktiego i podziękowałem mu za sprowadzenie Swamiego do Polski. Wzruszył się.

Z ofiary poszliśmy wysłuchać mantr diksa.

To tyle w wielkim skrócie. Powieki same już opadają, ledwo piszę. Jestem wykończony, ale szczęśliwy.

14.07.2011, Czarnów

Wyszliśmy w ciemność. Drogę znaliśmy prawie na pamięć, zresztą pomagały nam rozbłyski odległej burzy. Pachniało mokrymi liśćmi, deszczem i ziemią. Szliśmy szybko, a kiedy spadły pierwsze krople, jeszcze szybciej, aż w końcu nie daliśmy rady mantrować od zadyszki. Doszliśmy, zanim rozpadało się na dobre.
Przed domkiem Swamiego stał już Sanatana Goswami.
Wkrótce zaczęło robić się jasno. Później doszedł Guru Vakya i Tamal Candra, po nich Nava Yauvanam, Caitanya Rupini, Abhay Śridhar Maharaja i Krsna Kirtan.
Nitaisundar wytachał z mieszkania wielką walizkę. Ktoś wyciągnął mu ją z ręki, ktoś inny pobiegł po resztę bagażu, żałowałem trochę, że to nie byłem ja.
Później wyszedł Swami, skłaniając się wszystkim głową. Objął się z Abhayem Maharajem, który wzruszony wyjąkał:
- Dziękuje ci za wszystko, Guru Maharaja.
Kiedy wsiadał do samochodu, uścisnąłem mocno Nitaya. Saragrahi też chciała, ale nie będąc pewna, czy wypada, uśmiechnęła się tylko i skłoniła głowę.
Stanęliśmy przy bramie. Samochód powoli ruszył. Swami złożył ręce i popatrzył każdemu z nas głęboko w oczy.
I zniknął.


Ze Swamim 2011 - 3



Inwazja mrówek i przyjaciele Swamiego

10.07.2011, Czarnów

Znów nie pospaliśmy za dużo, a szczególnie Tulasi – w nocy przeżyliśmy inwazję mrówek. Tulasi drapała się do trzeciej w nocy, myśląc, że ma halucynacje dotykowe, ale wreszcie nie wytrzymała, i ledwo wstrzymując łzy, obudziła mnie.
- Coś się dzieje! Od paru godzin wydaje mi się, że coś po mnie łazi! – zawołała z frustracją.
Nie do końca wierzyłem, ale kiedy zapaliliśmy światło, okazało się, że ściana pod oknem i samo okno roi się od setek mrówek, z których część łaziła tez po łóżku. Odsunęliśmy łóżko od ściany, wybraliśmy owady z pościeli, otoczyliśmy się kręgiem soli (podobno odstrasza mrówki) i trochę jeszcze pospaliśmy.

Rano przywitał nas ulewny deszcz. Trochę zrobiło mi się smutno, że nie będzie szwendania się z ludźmi. Na szczęście chmury rozproszyły się bardzo szybko.

Śniadanie, wykład ze Swamim, nauka gry na ukulele przez Mayapura – świetna sprawa! Ukulele to mój następny zakup.


Mayapur uczy mnie na ukulele

Dziś dostaliśmy z Tulasi służbę przy krojeniu warzyw na ucztę (niedziela). Mister prowadził bhajan, podczas gdy my do rytmu strugaliśmy jabłka, ogórki i ziemniaki.

Parę słów o niektórych uczniach i przyjaciołach Swamiego:

Hari Priya – Cicha, nieśmiała, uprzejma. W Finladnii mieszka trochę z dala od reszty bhaktów. Śmieje się, że jest loserem, a szczególnie w porównaniu z takimi osobami w sandze, które wiedzą, czego chcą i dobrze sobie radzą, jak np. Bhrigu, czy Krsangi. Wstydzi się śpiewać, chociaż ma bardzo miły głos.

Bhrigu – Już o nim pisałem. Świetne poczucie humoru. Czuć duchowy spokój, wiedzę i wielkie serce. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że jest ekscentrykiem – mam na myśli jego podkręcane wąsiki a la Otto von Bismarck, ale po kilku rozmowach widać, że ma się do czynienia z kimś zrównoważonym i poważnym.


Poważny Bhrigu i mniej poważny Śyam Gopal

Śyam Gopal – Holender. Też super humor, z dużą porcją sarkazmu – to, co lubię. Intelektualista, kapitalista i jeszcze polityk centrowy. Z kim ja się zadaję?

Nitaisundar – Młody chłopaczek, asystent Swamiego. Sympatyczny, pewny siebie, otwarty w rozmowie, jak to Amerykanie, dobrze się z nim gada. Czuć duży wpływ ciągłego towarzystwa Swamiego.

Lina – Przyjechała z Finami. Jest ich przyjaciółką, szczególnie Krsangi i Kamalaksy, ale nie uważa się za bhaktinkę. Po prostu lubi Swamiego i jego uczniów. Zaintrygowało mnie, że bez wiary jest w stanie spędzić tyle godzin, słuchając „bajania” Swamiego o Goloce, Krysznie, różnych rodzajach śakti, itd.

Krsangi – Uprzejma, kulturalna dziewczyna o mocnych opiniach. Ma się wrażenie obcowania z bardzo silną, ale i delikatną osobowością. Jakby z arystokratką (ale w dobrym sensie). To od niej kupiłem kiedyś komiksy z jej przygodami.

Kamalaksa – Mąż Krsangi. Najciężej coś powiedzieć. Chłopak trzyma się na uboczu, pewno jest z tych, którym zajmuje trochę czasu otwarcie się na obcych. I to jeśli ktoś zasłuży;)

Sanatana Goswami – Nie jest uczniem Swamiego, ale po tym festiwalu już raczej będę go widział w związku z nim. Choć pierwszego dnia nie mogłem go rozgryźć ani odrobinę, szybko okazało się, że jest z niego oryginał, ciekawy wszystkiego, sympatyczny, uprzejmy, choć czasami nieokrzesany – mam na myśli przede wszystkim głośne bekanie.

Tadiya – W sumie to dopiero dzisiaj miałem okazję z nią porozmawiać, kiedy przygotowywaliśmy warzywa w świątyni. Pierwsze wrażenie było takie, że trzyma rezerwę, ale okazało się, że się mylę. Podobało mi się jak otwarcie i szczerze opowiadała o swoich początkach. I jeszcze to, jak obydwie z Hari Priyą cieszyły się z bycia na prawdziwym bhajanie z harmonium i mrdangą. W Finladnii mają zakaz odwiedzania Iskconowych świątyń, więc nie mają za wiele okazji do bhajanu.


Od lewej: Kamalaksa, Krsnangi, Tadiya, Lina

Jest tu więcej bhaktów, o których mógłbym napisać, no ale za mało czasu, żeby ze wszystkimi poznać się bliżej, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nadrobię. Dużo rozmawialiśmy i przebywaliśmy z Premarnavą i Nityangi, Asią, mieliśmy też trochę kontaktu z Gokulacandrą, Rama Govindą, Pawłem i innymi. Moje odczucie jest takie, że uczniowie Swamiego są mi bliscy. Wcześniej, znając ich tylko z sieci, czułem lekki dystans. Może z zazdrości, że już znają i „mają” Swamiego. Teraz to zupełnie przeszło i żałuję, że już za kilka dni rozjedziemy się po świecie. Czuć w nich Swamiego, jakby każdy z nich miał go trochę w sobie. Czuję się dumny z dołączenia do rodziny, nie myślałem, że jeszcze kiedykolwiek tak będę miał. Myślałem, że jestem już za stary na takie odczucia.

Zaraz uczta, muszę już lecieć.

* * *
Wieczorem Tulasi miała mały kryzys. Żeby ją ratować, o w pół do dziesiątej poszedłem do Swamiego, na szczęście jeszcze nie spał. Kryzys zażegnany, Tulasi odetchnęła z ulgą, choć teraz czuje się zażenowana swoimi wątpliwościami i reakcją.

11.07.2011, Czarnów

Kolejny wykład Swamiego za nami, leci to coraz szybciej. Znów grałem na mrdandze, dziś z większą pewnością, trochę lepiej jarzę styl Guru Maharaja. Kiedy grałem, Bhrigu poskładał mi sweter w najdoskonalszy sposób.



Swami wspominał otwarcie świątyni Krsna-Balarama we Vrindavan. Opowiedział dwie rozrywki. Jedną w kontekście ścisłości w wielbieniu bóstw.

Zwykle w świątyni Krsna-Balarama puję robili pujari, którzy mieli doskonałą technikę. Trzech pujarich robiło arati na trzech ołtarzach, w doskonale zsynchronizowany sposób. Był pierwszy tydzień po otwarciu. Świątynię odwiedzało wielu dystyngowanych gości: polityków, biznesmanów, itd. Śrila Prabhupada z dumą prezentował im białych wielbicieli wielbiących bóstwa.

Swami był przywódca grupy sankirtanowej, która zebrała dużą ilość pieniędzy na budowę. Dzięki temu udało mu się załatwić, żeby on i dwóch innych brahmacarinów zrobiło arati.
Zaczęli dobrze, ale w pewnym momencie jednemu z pujarich spadła lampka i od tego momentu zaczął się chaos. A Prabhupada oprowadzający gości, przyglądał się katastrofie.
Później wezwał sekretarza GBC i spytał:
- Kto robił dzisiaj arati?
- Tripurari i jego ludzie.
- Aaa, to w porządku – odpowiedział z uśmiechem.


Swami z Nitaisundarem

A druga historia była taka:

Podczas otwarcia tej samej świątyni Swami stał na przedzie tłumu, kiedy Śrila Prabhpada robił arati. Swami płakał ze szczęścia, myśląc o triumfie swojego guru, a jego łzy kapały na Hamsaduttę. Pewna wielbicielka stojąca za nim próbowała go odepchnąć, żeby zrobić zdjęcie Prabhupada, ale Swami nie zamierzał się ruszyć za żadną cenę. Nawet kiedy krzyknęła mu do ucha: „Tripurari! To dla nauczania!”, nie zareagował.
Ostatecznie odsunął się lekko i udało się jej zrobić zdjęcie.

* * *
Już w pół do jedenastej, ale ciężko (jak zwykle ostatnio) zasnąć po tak intensywnym dniu. W głowie ciągle rozbrzmiewa głos Swamiego, bhaktów, ich śmiech i śpiew. Żarty, rozmowy o svarupa-śakti i Goloce przeplatające się z debatami na temat anarchizmu, kapitalizmu i socjalizmu.

Przed chwilą wróciliśmy z ogniska. Tym razem impreza była obok kwatery Finów. Przynajmniej tym razem nie musieli wracać takich hektarów. Były banany z ogniska, ziemniaki, śpiewaliśmy maha-mantrę i inne pieśni, Mayapur z Pawłem grali na ukulele.

Kiedy szliśmy dziś z Asią na ognisko myślałem o tym, jak mi tu dobrze. Wszystko łączy osoba Swamiego, każdy z nas jest z nim związany jakimś uczuciem i przez to jego uczniów łączy więź. Podobnie musi być w świecie duchowym – wszyscy kochają Krysznę, ich życie kręci się wokół niego, a mimo to (a może dzięki temu) istnieją silne uczucie między chłopcami pasterzami, gopi i wszystkimi innymi. To się jakoś nazywa w sanskrycie… Zapomniałem.

Kawał opowiedziany przez Bhrigu na ognisku:

W pewnej świątyni pełniło służbę na ołtarzu dwoje wielbicieli: brahmacarin i brahmacarinka. Byli bardzo nieśmiali, więc przez dwadzieścia lat nie zamienili ani słowa. W końcu pewnego dnia brahmacarin zebrał się na odwagę. Chwycił telefon i zadzwonił do tej brahmacarinki.
- Wyjdziesz za mnie? – rzucił do telefonu, kiedy odebrała.
- Tak! – zawołała entuzjastycznie. Po chwili dodała – A kto mówi?

* * *
Wykład poranny zrobił na wszystkich wielkie wrażenie. Sanatana Goswami sprawił wszystkim radość, prosząc Swamiego, aby objaśnił znaczenie pieśni „Jaya Radha-Madhava”. To było mocne. jeśli uda mi się zdobyć nagranie, to przepisze po angielsku dla Harmonist i zrobię tłumaczenie na swojego bloga.

* * *
Uff, późno już, nie napiszę nic więcej. Poszukam jeszcze kleszczy i koniec dnia.

Fotki z ogniska:


Od lewej Anadi Kryszna, Śyam Gopal,
imienia dziewczyny nie pamiętam i Gaura Śakti


Bhrigu wyławia kartofle


A Nava Yauvanam wyławia banany


Wegetariańskie kiełbaski


Patent trójzębny z inspiracji Pana Śivy


Sanatana Goswami prowadzi bhajan, obok Dharmasetu


Śyam Gopal się cieszy


Tadiya i Krsnangi


Nityangi, Bhrigu i Sanatana Goswami


Abhay Śridhar Maharaja


Od lewej siedzą: Kalpataru, Nityangi, Sanatana Goswami,
Dharmasetu, Tamal Candra, Anadi Kryszna, Abhay Śridhar Swami


Kalpataru i Nityangi. Muszki tną niemiłosiernie.


Od lewej: Sanatana Goswami, Dharmasetu,
Tamal Candra, Anadi Kryszna, Abhay Śridhar Maharaja


Paweł, a za nim Paulina

Ze Swamim 2011 - 2


Swami podpisuje polskie wydanie Siksastaki

„Zainspirowani?”

08.07.2011, Czarnów

6:30

Choć po całej dobie niespania miałem zamiar wylegiwać się do śniadania (nie z lenistwa, ale żeby porządnie odpocząć i być w formie), to obudziłem się o wpół do szóstej i podekscytowany nadchodzącym dniem nie byłem w stanie już zasnąć. Leżałem w łóżku i raz za razem przypominałem sobie poprzedni wieczór, jak Swami z nami rozmawiał, z jakim przejęciem Tulasi dała mu girlandę, po prostu każdy szczegół.

Jeszcze dosyć wcześnie. Tulasi śpi obok. Piec kaflowy ciągle ciepły. Zaraz wezmę japas i pójdę popatrzeć na góry.

9:40

Uff, jeśli to było śniadanie, to nie wiem, co bhaktowie zrobią na obiad. Posiłek składał się ze smażonego sabji (frytki, kalafior, pomidory, papryka), ryżu na słono, ryżu na słodko, wyśmienitej, tłustej halawy, bananów z jogurtem, purisów, i jeszcze było pół wiaderka sabji (też smażonego) z wczoraj. Czysty nektar, stęskniłem się za polskim stylem prasadam. Na szczęście to tylko tydzień, uda się to przeżyć bez większego szwanku na zdrowiu.


Kamalaksa, Krsangi i Lina dochodzą do siebie po podróży

Na razie nie potrafię rozgryźć fińskich uczniów Swamiego. Trzymają się na uboczu, ciężko nawiązać kontakt. Może są nieśmiali, w końcu to nie ich kraj, są tutaj gośćmi, a może wychodzi na wierzch ta słynna fińska powściągliwość? W każdym bądź razie daje im jeszcze czas na rozkręcenie się. Wydają się sympatyczni.

14:00

Pierwsze moje pytanie na pierwszym wykładzie i jak to się mówi wśród bhaktów, był nektar. Spróbuję załatwić nagrania od Krsna Kirtana i spiszę później słowo po słowie. W skrócie: spytałem, jak możemy pokochać Krysznę bez doświadczenia Go. Ciężko jest mi spisać wszystko, co mówił Swami. Zaczęło się normalnie, ogólnie, a później odpowiedź zaczęła rosnąć, od nasiona – ogólnego, teoretycznego, do coraz bardziej personalnego, dotykającego moich myśli, obaw, tęsknot. W pewnym momencie Swami powiedział, że duchowa miłość budzi się już w uczuciu do Vaisnavy, i powiedział to z takim przekonaniem i błyskiem w oku, że aż włosy stanęły dęba. Maharaja mówił długo, bardzo poetycko, głos mu aż drżał z emocji.



Powiedział, że na razie myślimy: „Robię tak wiele, a nie mam z tego żadnego rezultatu, Kryszna o mnie zapomniał” (dokładnie to, co myślałem już od dawna), „ale przyjdzie czas, że będziemy myśleć – Boże, robię tak niewiele, a dostaje tyle uczucia, tyle szczęścia. Czym na to zasłużyłem?”

Po wykładzie poprosiłem Swamiego o darśan. Idziemy z Tulasi na czwartą, zaraz po obiedzie. Poprosimy o inicjację.

* * *
Już po darśanie. Swami był zmęczony i przez chwilę myślałem, żeby zaproponować, że przyjdziemy innym razem, ale jakoś tak szybko się rozwinęło, że dałem spokój.

Pierwszą rzecz, jaką zrobiliśmy, to poprosiliśmy o inicjację. Swami nie odpowiedział od razu. Najwięcej mówił o tym, że powinniśmy przyjechać do niego, do Stanów. Zamieszkalibyśmy w jurcie, moglibyśmy zatrzymać się w Audaryi, a później jeździć z nim tam, gdzie akurat będzie.

Rozmowa była dosyć krótka. Na koniec powiedział, że dostaniemy inicjację, żebyśmy się nie martwili.

Po wyjściu od Swamiego poczuliśmy się trochę rozczarowani. To dziwne, ale tak było. Całą drogę do domu rozmawialiśmy, próbując dojść do tego, skąd to uczucie. W końcu dotarło do nas, że ostatnie miesiące podświadomie oczekiwaliśmy od tego spotkania czegoś mistycznego, szczególnego, co uwolni nas od problemów. Liczyliśmy na czary. Zamiast tego dostaliśmy zwykłą rozmowę ze zmęczonym Swamim.

Ulżyło nam, kiedy uświadomiliśmy to sobie. Swami daje nam wędkę, nie rybę. Zaakceptowaliśmy to i znów nam było lekko na sercach.

Zresztą Swami chce, żebyśmy do niego przyjechali, żebyśmy mu pomagali, byli bliżej niego. Dostaliśmy wyciągniętą rękę. Teraz tylko spłacić długi (to trochę potrwa), uzbierać na podróż i liczyć na szczęście w ambasadzie przy załatwianiu wizy.

09.07.2011, Czarnów

Już późny wieczór, ale ciężko zasnąć, uspokoić emocje, wyciszyć się. To jest szczęście. Cały dzień ze Swamim albo z jego uczniami, dyskusje duchowe i te mniej duchowe (mam na myśli naszą debatę polityczną z Nitaisundarem, Śyam Gopalem i Premarnavą), prasadam… To jest to, czego najbardziej brakowało mi w życiu, czego ciągle szukałem, nawet idąc na jakąś imprezę, czy koncert – i nigdy tego nie znajdowałem. Towarzystwo.

Wieczorem siedzieliśmy pod domem Kiśora Kiśory. Tiksna Rupa podawał wyśmienitą pizzę z pieca. Najdłużej rozmawialiśmy z Bhrigu Patim, zauroczeni jego humorem, szczerością i wiedzą. Opowiadaliśmy sobie, jak przyłączyliśmy się do bhaktów, wspominaliśmy czasy brahmacarińskie, śmiejąc się przy tym z siebie, a do tego wszystkiego Bhrigu cytował piękne wersety z Bhagavatam. To jest sadhu-sanga.

Opowiedział fajną historię ze swoją córką. Dziewczynka ma trzy lata. Codziennie, kiedy Bhrigu kładzie spać swoje bóstwo Sad Bhuja Caitanya, jego córka masuje stopy bóstwa, a następnie Bhrigu kładzie je do łóżeczka. Rano, kiedy córka jeszcze śpi, budzi je i stawia na ołtarzu. Któregoś ranka wyrwało go ze snu szarpanie za ramię.
- Tato! Tato!
Otworzył oczy i zobaczył przejęta twarz dziewczynki.
- Co się stało?
- Pan Caitanya już się obudził!
Bhrigu podniósł się na łokciu.
- Skąd wiesz?
- No bo leży z otwartymi oczami! Chodź, sam zobacz!
Bhrigu uśmiechnął się w duchu, ale wyjaśnił z powagą, że najwidoczniej Kryszna obudził się, ale postanowił jeszcze powylegiwać się w łóżku.

* * *
Zacząłem od wieczora, ale był przecież cały dzień. Rano planowałem szybko skończyć rundy, ale podkusiło mnie, żeby przed prasadam pójść do świątyni. Oczywiście znalazło się mnóstwo okazji do arcyciekawych rozmów. Spotkałem Sanatanę Goswamiego z jego angielskim humorem, później gadałem z Radhakantą, Premą, Nityangi i innymi, sam już nie pamiętam z kim.


Codzienne, proste prasadam;)

Obiad znów był ucztą, podobnie jak śniadanie, i choć miałem wrażenie, że nie dam już rady, to widok kolorowych, lśniących od oleju specjałów i boskie zapachy nie dały mi żadnej szansy.

Miejscowi bhaktowie z Iskconu ugaszczają nas w prawdziwe kulturalny sposób, z szacunkiem i uprzejmością. Oczywiście czuć dystans, w końcu wiadomo, jaka w Polsce jest sytuacja międzysangowa, ale przeważa szacunek i ciekawość. Ujmujące było, kiedy wracaliśmy z Tulasi po wieczornym wykładzie i przechodziliśmy obok świątyni, jeden z brahmacarinów, zdaje się Mitra Hari pokiwał nam i zawołał z uśmiechem: „Zainspirowani?!”
To jest kultura Vaisnava, wszyscy powinni brać przykład.

Co do wykładów z przekładem tnącym wypowiedzi Swamiego na kawałki, to jakoś się przyzwyczaiłem. Krzysiek tłumaczy bardzo dobrze, choć czasami pragnienie doskonałości przekładu sprawia, że trochę się zacina i nadużywa synonimów, ale nie ma co narzekać, zna angielski na medal, choć mówię po angielsku płynnie, to brakuje mi jego precyzji.



Dużo rozmawiamy z Premą i Nityangi, mieszkają w pokoju nad nami. Czuję z nimi silny związek. Kiedy opowiadają o swoich problemach i przemyśleniach, to czasami czuję, jakbym słuchał siebie i Tulasi. Szkoda, że żyjemy tak daleko od siebie, pewnie byśmy się zaprzyjaźnili bliżej.

Rano znów wyskoczyłem z pytaniem. Tym razem spytałem o moment, w którym jiva zostaje dotknięta svarupa-śakti. Czy dzieje się to w czasie inicjacji, czy kiedy indziej? Swami odpowiedział (między innymi), że sadhana bhakti to też jest bhakti, dlatego spełniając sadhanę doświadczamy jej szczodrości i już na samym początku dotyka nas svarupa-śakti.

Ciekawa rzecz, że słuchając wykładu bezpośrednio od Swamiego, na żywo, wchodzi głębiej niż z mp3. Mam też wrażenie, że słyszę wiele nowych rzeczy, których nie słyszałem wcześniej w nagraniach. Później wrzucę w sieć transkrypcję z odpowiedzi Swamiego.

Po porannym wykładzie daliśmy się namówić na wycieczkę nad jeziorko. Upał dochodził do trzydziestu stopni, więc jeziorko brzmiało dobrze. Okazało się jednak, że chodzi o Purpurowe Jezioro, nasycone żelazem i siarką. Można je oglądać i podziwiać, ale na pewno nie kąpać się w nim. W połowie drogi urwaliśmy się więc z wycieczki, pozwalając prowadzić Kamalaksy, Krsangi, Krzysztofowi, Oli, Linie, Sanatanie, Hari Priyi, Tadiyi… Nie pamiętam, czy był ktoś jeszcze. W każdym bądź razie zeszliśmy z Tulasi do wioskowego sklepu na lody. Po pół godzinie dołączył do nas Sanatana Goswami. Wcinaliśmy lody i opowiadali o bzdurach, a później zabraliśmy się z Abhayem Śridharem Maharajem i Krsna Kirtanem do świątyni.

Później obiad, pogawędka z Nitaisundarem, Śyam Gopalem i Premą, i znów wykład, którego tematem tym razem była śraddha.

Dzień zakończył się pizzą i długa, nocną rozmową z Premarnavą.


Prema i Bhrigu


Bhrigu dzieli się mądrością i kawałami


Saragrahi i Kalpataru


Paulo


Śyam Gopal i kawałek Bhrigu


Przy pizzy

Ze Swamim 2011 - 1



Wycieczka na drugą stronę

06.07.2011, Kopenhaga

12:30

Wrzuciliśmy torby na plecy i z braku kasy postanowiliśmy przejść sześć kilometrów dzielących nas od stacji autokarowej. Trzymając się ocienionej strony ulicy (upał jest już całkiem wakacyjny), rozmawialiśmy o tym, co nas czeka.

Spotkanie ze Swamim. Minęło jakieś siedem lat odkąd Gaura Śakti przysłał mi CD z wykładami. Też mieszkaliśmy wtedy w Kopenhadze. Wydaje się, że życie zatoczyło pełne koło – po latach życiowych zawirowań, lekcji i pomyłek, wreszcie zdecydowaliśmy się na spotkanie.
Ciężko mi sobie do końca wyobrazić, jak ważny to moment.

Gdzieś z boku, za płotem zabrzmiała jazzowa muzyka. Zerknąłem za żywopłot. Podwórze jakiegoś baru. Choć to środek tygodnia i środek dnia, klienci leniwie sączą piwo z oszronionych szklanek i wydmuchują siwe obłoczki dymu. Jeszcze niedawno zerkałbym z lekką zazdrością i sam szukałbym przytulnego miejsca, w którym mógłbym spokojnie orzeźwić się piwem i wypalić papierosa w tajemnicy przed Tulasi.

Dziś jest inaczej. Popatrzyłem na podwórze baru ze zdziwieniem i lekkim smutkiem, jak na obdarte kulisy podmiejskiego teatru. Poczułem też ulgę i wdzięczność, że mimo wszystkich moich wad i słabości, Kryszna nie położył na mnie jeszcze krzyżyka i ciągle jestem bhaktą. A do tego już jutro spotkam Swamiego. Próbuję to jakoś ogarnąć głową, ale nie udaje mi się. pozostaje jedynie wrażenie dotknięcia czegoś ważnego.

brahmanda bhramite kona bhagyavan jiva
guru krsna prasade paya bhakti-lata-bija

„Wszystkie żywe istoty zgodnie ze swoją karmą wędrują po całym wszechświecie. Niektóre z nich wznoszą się na wyższe systemy planetarne, niektóre zaś schodzą na niższe. Spośród wielu milionów wędrujących żywych istot, ten, kto ma wielkie szczęście, uzyskuje dzięki łasce Kryszny możliwość obcowania z bona fide mistrzem duchowym. Dzięki łasce zarówno Kryszny, jak i mistrza duchowego taka osoba otrzymuje nasionko pnącza służby oddania.”

* * *
Siedzimy z Tulasi na przystanku pod hotelem DGI-byen. Jeszcze jakieś pół godziny do przyjazdu autobusu. Przerzedziłem właśnie zapasy prowiantu, kanapki z humusem i korniszonami trochę zbyt octowe, ale zgłodniałem już od czasu porannego musli. Jak zwykle trochę nerwowo – zastanawiamy się, czy autobus przyjedzie na czas, czy dostaniemy miejsca obok siebie, czy to, czy tamto. Spróbuję unieść umysł ponad to, włączyć w sercu poleganie na Krysznie. Przecież jak na razie nie mam powodów, aby Mu nie ufać.

19:30, Hamburg

Czekamy na przesiadkę. Autobus do Wrocławia odjeżdża za godzinę. Po kilku miesiącach w Danii z ciekawością rozglądam się dookoła, szukając różnic. W Niemczech jest mniej kolorowo. Na pewno mniej rowerów. No i coś subtelnego w eterze, to coś ledwo dostrzegalnego, co odróżnia do siebie państwa.

W busie było ciasno, i od momentu, kiedy jeden z kierowców oblał się na stacji paliwem, również śmierdząco. Musieliśmy przeżyć trzy bardzo złe filmy, zresztą w autobusowej kinotece to już tradycja. Słuchałem wykładów Swamiego, choć rozumiałem piąte przez dziesiąte, wciągany co chwila w losy bandytów napadających na banki, zakochanych szalikowców i mężczyzny dotkniętego klątwą powodzenia u kobiet. W końcu spróbowałem trochę poczytać. „The Search For Śri Krishna”. Wielbiciel pyta Śridhara Maharaja, co myśli o groźbie wojny atomowej. Maharaja odpowiada, że cała Ziemia kiedyś zginie. Tak samo jak słońce, księżyc, gwiazdy, galaktyki, cały wszechświat. Nie powinniśmy szukać życia w określonym momencie czasu, ale musimy znaleźć nasze miejsce w wieczności.

* * *
Jeszcze pięćdziesiąt minut do przyjazdu autobusu, a już ustawiła się kolejka na peronie. Każdy chce być pierwszy, zająć najlepsze siedzenie. Ja też bym chciał, ale nie mogę dać się manipulować kilku nachalnym osobom, które nauczyły się, że w życiu trzeba walczyć o dobre miejsce. A przecież wszyscy mogliby spokojnie siedzieć sobie na ławkach, ostatecznie przecież wszyscy dostaną miejsce. Tulasi jest na mnie trochę zła, że nie poszliśmy na peron, zanim jeszcze rzucił się tłum.

07.07.2011, Czarnów

Dojechaliśmy. Z Kamiennej Góry zabrał nas sympatyczny pan, dorabiający sobie jako nielegalna taksówka. I chwała Bogu, że nas wziął, bo z Kamiennej Góry do Pisarzowic to pięć kilometrów, a stamtąd do naszej stancji jeszcze z cztery.

Piękna okolica. Góry, grające śpiewem ptaków lasy, bujne pola, pojedyncze domki z bhaktami w ogródkach.

Zastanawiam się, gdzie reszta wielbicieli na festiwal. Póki co jesteśmy tylko my i Sanatana Goswami, Anglik mieszkający w Villa Vrindavan, uczeń Radhanatha Maharaja. Dla niego to również będzie pierwsze spotkanie ze Swamim.

W brzuchu burczy mi coraz bardziej, Tulasi zresztą też, zeszliśmy więc do świątyni w wyczekiwaniu na obiad i jakichś znajomych.

Próbowałem się zdrzemnąć, ale nie dałem rady. Zbyt duża ekscytacja, nowe miejsce, oczekiwanie. Polegnę dopiero wieczorem.

Farma cicha i pusta. Pamiętam dużą gromadę brahmacarinów, kiedy byłem tutaj w 1997 na seminarium sankirtanowym. Tętniło tu wtedy życiem. Wyjeżdżając stąd wtedy pomodliłem się do Panca Tattvy, żebym mógł wrócić. No i spełniło się po czternastu latach.

* * *
- Może byśmy zrobili girlandę? Skoro ma być dopiero jutro… - stwierdziłem
- O tym samym pomyślałam! Powitanie bez girlandy? – odpowiedziała Tulasi.
- A że ty jesteś mistrzem girlandy…
Tulasi zerknęła na zegarek.
- To czadu! Zdążymy!
Chwyciła płócienną torbę i pobiegliśmy na łąkę, nazbierać polnych kwiatów. Po godzinie piękna girlanda chłodziła się już w lodówce.



Swami miał być o dziewiątej, ale Krsna Kirtan zadzwonił, że będą później, około dziesiątej. Pod domem Swamiego byliśmy wcześniej, żeby nie przegapić. Starałem się nie zwracać uwagi na zdenerwowanie. Tulasi też była spięta. Można było poznać po tym, że głupie żarty sypały się jej jak z rękawa. Na szczęście wielbicielka z Suchej Góry, Asia, z którą spędziliśmy trochę czasu, nie miała nic przeciwko.



Nie byliśmy pewni, kto ma dać girlandę. Tulasi powiedziała, że nie ma szans, żeby ona się odważyła, przecież Swami nawet jej nie zna. W końcu spytaliśmy bhaktów z Finladnii, czy chcą to zrobić.
- A kto utkał girlandę? – spytała Krsangi (chyba).
Wskazałem na Tulasi.
- No to ona powinna ją ofiarować.
Czyli sprawa zdecydowana.
Kiedy w końcu pod dom podjechał samochód, było już całkiem ciemno. Mrużąc oczy, wypatrywałem Swamiego. Zabłysło światło. I był tam – dokładnie taki, jak na zdjęciach i filmach (a czego oczekiwałeś?). Tylko teraz wreszcie widziałem go naprawdę. Swami wysiadł z samochodu. Tulasi dreptała w miejscu, nie będąc pewna, kiedy będzie najlepszy moment na założenie girlandy. Bhaktowie złożyli pokłon.
- Teraz – popchnąłem ją lekko. Podeszła nieśmiało.
- Hare Kryszna – wydukała.
- Hare Kryszna – odpowiedział.
To było nasze pierwsze spotkanie ze Swamim.

Nikt za bardzo nie wiedział, co teraz, ale Swami zaprosił wszystkich do środka. Ucieszyliśmy się, że nie musimy jeszcze iść.
Wielbiciele zebrali się na podłodze. Usiadłem trochę z tyłu. Swami zatrzymał na mnie wzrok.
- Madhavendra, tak? – zapytał.
Potaknąłem.
- A to twoja żona... Tulasi?
Tulasi kiwnęła głową.
Kiedy wszyscy już usiedli, zaczął po kolei zagadywać do wielbicieli, pytać o to, czym się zajmują, jak wygląda ich sytuacja, itd. Był bardzo szczęśliwy, że wyszła polska „Siksastakam”.
- To chyba pierwszy przekład mojej książki na obcy język.
Bhaktowie uśmiechnęli się z dumą.
Swami dodał, że zaczęły się już prace nad hiszpańską wersją.
- Ty mówisz po hiszpańsku, prawda? – wzrok Swamiego znów zatrzymał się na mnie.
- Tak, trochę – wydukałem speszony. – Nie, żeby jakoś płynnie…
- Wcale nie – przerwała mi Tulasi. – Bardzo dobrze mówi.
- Ile znasz języków? – spytał Swami.
- Angielski i hiszpański. A za miesiąc zaczynamy z Tulasi kurs duńskiego – dodałem bez sensu.
- A, tak, mieszkacie w Kopenhadze. Jak tam wylądowaliście?
- Dostałam pracę – odpowiedziała Tulasi. – Opiekuję się niepełnosprawnym chłopcem.
Swami pokiwał głową.
- I jak wam tam jest?
- Trochę ciężko – odpowiedziałem. – Duńczycy mają już dość imigrantów.
Po tej wymianie Swami zwrócił się w ten sam osobisty sposób do innych wielbicieli. Po kilku minutach pożegnaliśmy się i zostawiliśmy go, żeby coś zjadł i odpoczął.

Jakie odczucia po pierwszym spotkaniu?
Jestem pod wrażeniem personalności Swamiego. Kiedy dwukrotnie dał znać, że w jakiś sposób istniejemy dla niego, choć przecież nigdy nas nie spotkał, poczułem ulgę i radość. Opłacało się być w kontakcie, pisać maile, wydawać Bhakti-latę. W jakiś mały sposób udało mi się podłączyć.

Nie byłem spokojny. Z jednej strony czułem radość i podekscytowanie Patrzyłem na Swamiego, myśląc: „To jest mój guru?”, „To jego zesłał mi Kryszna?”. Z drugiej strony jakaś głęboka, „podziemna” część mnie poczuła opór. Chyba wystraszyłem się konsekwencji tego spotkania – poważnej zmiany w życiu, nowego etapu. Rozkład starych struktur, śmierć starego ego, odrodzenie – to są przecież główne motywy przenikające ostatnio moje myśli. Spotkanie ze Swami jest najważniejszą częścią tego procesu rozwojowego. Od dawna zbliżała się wielka zmiana, może nie zewnętrzna, ale czułem, że coś w środku musi się zmienić, utknąłem w miejscu i nie potrafiłem ruszyć dalej. Wszystko w środku krzyczało o zmianę. Przyjazd Swamiego zsynchronizował się z tym wszystkim.

Chcę być nową osobą. Choć mam stracha i nie wiem do końca, jak to ma wyglądać, myślę, że jestem gotowy.


Swami i Guru Vakya


Bhrigu, Caitanya Rupini, Kamalaksa, Krsangi
i nieznany wielbiciel




Sanatana Goswami das


Ekstatyczny Nitai


Od lewej - Kalpataru, Saragrahi, Nityangi i Premarnava,
przed świątynią, czekając na parasadam.

Monday, 4 July 2011

Radiostacja 4



Śmierć ego i zmiana serca
04.07.2011, Kopenhaga

Twym oczom zmęczonym przynoszę wizję
świata innego,
tak nowego, czystego, rześkiego,
że zapomnisz o smutku i bólu.
Musisz dzielić się tą wizją
z każdym, kogo spotkasz.
Jeśli tego nie zrobisz,
nie ujrzysz jej.
Aby zachować ten dar,
musisz dawać go innym.
(A Course in Miracles)

Jednym z najtrudniejszych wyzwań życia duchowego (bez względu na obraną drogę) jest zaakceptowanie wewnętrznych zmian. Z jednej strony to prawda, że na początku podróży zakładamy z entuzjazmem, że chcemy zmiany, chcemy postępu, do diabła ze starymi wzorcami, nudnymi rozwiązaniami, przerobionym tysiące razy reakcjami. Chcemy nowego życia, nowej jakości. Mało kto jednak zdaje sobie (a przynajmniej na początku) sprawę, że zmiana może być – i najprawdopodobniej będzie - bolesnym wydarzeniem. Mamy obraz ideału tak pociągającego, uwodzicielskiego, ufamy obietnicy wyzwolenia, czystej miłości, wolności tak bardzo, że ewentualne problemy wydaja się śmiesznie małe.

Prawda jest jednak taka, że większość z nas będzie musiała przejść przez burzliwe etapy i przełomy. To się nazywa oczyszczanie serca, ceto darpana marjanam. I nie ma innej rady – czy tego chcemy, czy nie, to dla osiągnięcia celu, będziemy musieli pozwolić na to, żeby święte imię oczyściło nasze serce. Oczywiście możemy się bronić – zawsze mamy wolną wolę, ale fakty są takie – kiedy raz ruszyliśmy w drogę, nie da się już zawrócić. Jasne – możemy próbować się zatrzymać, ale im bardziej będziemy się opierać wewnętrznej ewolucji, tym burzliwiej będziemy musieli doświadczyć bólu kolejnych narodzin – nie mam na myśli dosłownych narodzin, po opuszczeniu ciała, ale narodziny po śmierci kolejnego kawałka starego ego.

Nie chcę, żeby to brzmiało moralizatorsko (możesz nie chcieć, ale jak na razie tak brzmi…). Trochę szczerości, próbuj wyjść poza słowa. Jeśli się boisz, to wcale nie musisz dzielić się z tym na blogu. Pisz dla siebie. Ok…

Ostatnio przechodzę kryzys. Do tej pory nie brałem „śmierci ego” zbyt dosłownie. Był to dla mnie raczej dosyć abstrakcyjny koncept, który rozumiałem wprawdzie intelektualnie, i o którym mógłbym przekonywująco rozmawiać, ale jeśli chodzi o doświadczenie, to nie bardzo.

Śmierci ego doświadczyłem w drastyczny i bezpośredni sposób w czasie podróży na psylocybinie (łysiczka lancetowata) w zeszłym roku. Wiele osób opisuje śmierć ego jako wyzwalające doświadczenie pełni. Niestety nie należę do tej szczęśliwej grupy – moje doświadczenie śmierci ego było prawdziwą agonią – przez wiele godzin walczyłem „na śmierć i życie” o zachowanie siebie w jednym kawałku. Z najwyższym wysiłkiem próbowałem pamiętać kim jestem, kim byłem, co tak naprawdę stanowi o tym, że ja to ja. Czułem, że jeśli nie uda mi się utrzymać siebie w całości, roztopię się, zginę, rozsypię na tysiące kawałków, które wiatr rozwieje po całym kosmosie i nie zostanie ze mnie nic – jedynie pustka, czarna dziura. Nie przesadzam – walczyłem jak lew, bojąc się, że utracę zmysły. Teraz myślę, że walczyłem z zapałem godnym lepszej sprawy. Gdybym bez oporu pozwolił odejść staremu „ja”, być może doświadczyłbym wewnętrznego odrodzenia, zamiast tego jednak zmarnowałem czas na bezsensowną bitwę, której jedynym dotykalnym owocem było kilka stron w dzienniku, które w największym ferworze bitewnym zapisałem swoim imieniem i nazwiskiem. Jakby te dwa słowa stanowiły moją esencję. Żebym chociaż zapisał swoje imię duchowe.

Ostatnio problem powrócił – coś w środku próbowało rozbić mnie na kawałki, nie wiedziałem, kim jestem, jakie jest moje miejsce we wszechświecie, czułem, że jakaś potężna zasłona oddziela mnie od Absolutu, Kryszny. I znów zacząłem walczyć o zachowanie starego ja. Dopiero kiedy poddałem się, rozluźniłem, zrozumiałem, że to nie ja ginę, ale stare schematy, poczułem ulgę. Prawie z dnia na dzień uspokoiła się burza, stara skóra bezboleśnie zaczęła schodzić i w sercu obudził się spokój i zadowolenie z nowych perspektyw duchowych, jakie pojawiły się na zachmurzonym i szarym do tej pory horyzoncie.

Nie chcę być źle zrozumiany – nie uważam, że substancje psychoaktywne mogą obdarzyć kogoś prawdziwie duchowym oświeceniem. Uważam jednak, że mogą dostarczyć czasami bardzo cennych doświadczeń. Mogą pozwolić na „odstrojenie” się od normalnej, zastałej rzeczywistości i ujrzenie siebie ze świeżej perspektywy, dostrzeżenie naszych uwarunkowań, ukrytych do tej pory w głębokiej podświadomości. Czasami to może być pomocne. Szczególnie, jeżeli ktoś przekłada szkołę twardych kopów nad zaufanie i podążanie. W każdym bądź razie w ostatecznym rozrachunku uważam to doświadczenie za bardzo ważne i owocne. Przerażające, bolesne, wstrząsające – tak, na pewno, ale sporo z niego wyniosłem. Czy w takim razie bym go powtórzył? Kryszno! Nie! Gdybym wtedy wiedział w co się pakuję, nigdy bym nie spróbował:)

Ok, prawie trzy strony, a gdzie Kryszna? Szukam nie za bardzo krętej ścieżki, która wyprowadziłaby mnie z psychodelicznych rozważań nad naturą ego i doprowadziła do lotosowych stóp Kryszny (najpierw napisałem „lostowych” – no tak, to prawda – z pewnością zgubiłem gdzieś lotosowe stopy Pana, czas ich poszukać).

Śridhar Maharaja mówi:

„Jesteś nieświadomy swojego prawdziwego interesu i prawdy, żyjesz w świecie samooszukiwania. Musimy ustanowić swoją pozycję na płaszczyźnie prawdziwej rzeczywistości i robić co w naszej mocy, aby dosięgnąć innych.
Nauczanie oznacza: Mam szczerą wiarę w świadomość Kryszny i rozkoszuję się nią do najwyższego stopnia. Moja przyszłość, moje perspektywy są z nią powiązane. Ponieważ uważam to za coś użytecznego i kompletnego, głoszę to wśród was, moi przyjaciele.”

W takich momentach zastanawiam się, czy ma sens to moje pisanie. Jaki to ma sens, skoro nie doświadczam jeszcze transcendencji, a nawet nie ogarnąłem najbardziej podstawowych problemów życia? Dlaczego piszę? Ponieważ czuję silną, nieodpartą potrzebę dzielenia się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami z innymi. Kiedy to robię, mam wrażenie, że te rzeczy wchodzą mi głębiej do serca, lepiej je rozumiem. Kiedy nie piszę, to jakby wszystko mi ucieka, ślizgam się po powierzchni, gubię się. Na ile to jest duchowa potrzeba, na ile materialna, nie mam pojęcia, ale nie czuję, żebym miał za duży wybór. Myślę poza tym, że są ludzie, którzy dzięki mojej pisaninie poczują inspirację do praktykowania życia duchowego. Dlaczego tak uważam? Po prostu wiem, jak na mnie działa czytanie o doświadczeniach innych sadhaków na duchowej ścieżce. Czasami bardziej mnie to wznosi, niż studiowanie poważnej, starożytnej filozofii.

No ale muszę przyznać, że nie pisze mi się dziś łatwo. Dzień zleciał w jakiejś nerwowej pasji. Mimo bolącego kolana zjeździłem na rowerze z dwadzieścia kilometrów, załatwiłem od Ruthanny i Marty plecaki na wyjazd do Polski, w Sudety, na spotkanie ze Swamim, znalazłem pod hurtownią warzyw wyrzucone pudła z marchewką, ziemniakami i śliwkami (które niestety okazały się sfermentowane), wyprałem woreczek na japas pierwszy raz chyba od roku i sam japas też wyczyściłem, suszy się teraz na klamce od szafy. Próbowałem zapełnić jakoś ten dzień, ale w nic nie udało mi się włożyć serca, nawet w wykład Swamiego o Narottamie Thakurze. I na koniec usiadłem do pisania, w nadziei, że chociaż tutaj znajdę trochę spokoju i Kryszny. I co? Ciężko powiedzieć. Zresztą już po jedenastej, późno trochę. Choć może to dobra sposobność, żeby uśpić wreszcie ten paskudny intelekt i pisać sercem…

Miałem kiedyś taki sen. Byłem brahmacarinem w krakowskiej świątyni, tej na Wyżynnej. We śnie opuściłem ciało. Niczym lśniący duch uniosłem się nad łóżkiem (wtedy wszyscy brahmacarini w Krakowie mieli już łóżka, jak cywilizowane istoty) i rozejrzałem dookoła. Powietrze pełne było spokojnej, pogodnej atmosfery, chciałoby się w niej pozostać na zawsze, ale coś pociągnęło mnie ku drzwiom, na schody i w stronę pokoju świątynnego. Wyczułem, że czeka mnie coś ekscytującego. Pofrunąłem więc w dół, przeleciałem przez zasłonkę i znalazłem się w świątyni. Na wprost mnie wznosił się odsłonięty ołtarz, na którym jednak nikt nie stał – ołtarz był zupełnie pusty. Nie poczułem jednak niepokoju, wręcz przeciwnie, wiedziałem, że to część zabawy. Podleciałem bliżej, patrząc uważnie i zatrzymałem się przy samym ołtarzu. Nagle poczułem, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłem się w powietrzu. I co zobaczyłem? Na małym stoliku, w powodzi kwiatów stały bóstwa Gaura-Nitai, ubrane w same gamsze, jak do abhiseku. I faktycznie – u ich stóp leżała mała muszla. Podleciałem ostrożnie bliżej i zerknąłem do muszli – okazało się, że jest w niej trochę wody. Podniosłem ją i z szacunkiem, ale i z pewną dziecięcą radością zacząłem powoli polewać bóstwa. Najpierw oszczędzałem wodę, chciałem, żeby starczyło zarówno dla Pana Gaurangi jak i dla Nityanandy, ale okazało się, że woda w muszli nie wyczerpuje się, a nawet zaczyna płynąć coraz większym, żywszym strumieniem. Widząc to, zacząłem się śmiać i już bez obawy polewać bóstwa, które wprawdzie stały nieruchomo i w milczeniu, lecz na jakimś poziomie czułem w nich pulsujące życie i radość.

Nie wiem na ile to było prawdziwe, a na ile moje marzenia i myśli zebrały się w formę snu. Zresztą czy to ważne? I czy jest jakaś różnica? Poza tym teraz nie czuję tak bardzo tego pragnienia bezpośredniego doświadczenia Boga… Nie, to nie tak – czuję taka potrzebę, ale bardzo interesuje mnie zbliżenie się i poznanie aspektu Kryszny w postaci Vaisnavy. Wszędzie, w śastrach, poezji, pieśniach, książkach, przewija się temat Vaisnavy, nie da się tego zignorować. Mam na tyle szczęścia, że budzi się we mnie wiara w określoną osobę, Vaisnavę i jestem zdeterminowany, żeby za tą wiarą podążać i zobaczyć, dokąd mnie zaprowadzi.

„Przyjaciele z innego świata”
Śrila Bhaktisiddhanta Saraswati Thakur

Słudzy Boga będą zawsze dbać o nasze dobro. W tym materialnym świecie nasi przyjaciele czasami nas lubią, a czasami zwracają się przeciwko nam. Jednakże w sadhu-sandze mamy sposobność słuchania o naszym oryginalnym domu z ust osób, które go znają. Jeżeli przegapimy tę okazję, będziemy żałować. Ich słowa wzniosą nas, zmienią naszą mentalność. Jeżeli tylko zaczniemy słuchać tych osób, nie mających nic wspólnego z tym światem, znajdziemy odpowiedzi na męczące nas pytania. Nasza sytuacja w tym świecie jest nietrwała jak mgła.

* * *

Kończę już, dochodzi dwunasta. Nawet Pakistańczycy z warsztatu samochodowego na dole poszli do domu i wreszcie przestali dyskutować na cały głos pod naszym oknem. Mi też opadają powieki, ekran komputera pulsuje białym, usypiającym światłem, usypia też cicha elektroniczna muzyka i zapach lipy z ciemnej nocy.

Czasami w pisaniu czy modlitwie szukam Kryszny i Guru. A czasami, tak jak teraz, szukam tylko pragnienia tego pragnienia. Niby bez sensu, ale z drugiej strony lepsze to niż nicnierobienie.
Buenas noches, słuchacze dzisiejszej Radiostacji.

Chant and be happy.